Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Recenzje lipcowe

Recenzje lipcowe

Adam Tomasz Witczak

IANVA – „La Mano di Gloria”

Naprawdę, chciałbym móc napisać, że to dobra płyta. Że to przepiękna, wewnętrznie spójna i harmonijna kombinacja tego, co najlepsze w melancholijnym neofolku, zadziornej piosence żołnierskiej, progresywnym rocku i podniosłej neoklasyce, osadzona w śródziemnomorskim folklorze i podana z wdziękiem kabaretu doby fin de siècle. Chciałbym powtórzyć te wszystkie opowieści o „kawiarni Stara Europa”, muzyce dla tych, w których piersiach bije jüngerowskie „awanturnicze serce” i którzy tęsknią za „innymi krajobrazami, innymi pejzażami”. Ależ to wszystko prawda! Taka jest ta płyta. To IANVA w całej okazałości: melodyjna, porywająca, męska i bojowa, jak squadristi w czarnej koszuli, a zarazem po kobiecemu delikatna i namiętna jednocześnie. Tak, to jest taka właśnie muzyka. Dlaczego zatem nie wystawiam oceny „5” i nie kończę wypisywania tych oczywistych oczywistości? Ano, ponieważ jest coś jeszcze, o czym trzeba powiedzieć, by pozostać uczciwym wobec siebie i szacownych czytelników.

Otóż przypomnijmy: „La Mano di Gloria” to już trzecia pełnoczasowa płyta genueńskiego zespołu — i piąta w ogóle, jeśli doliczyć „L’Occidente” i „La Ballata dell’Ardito”. Hier liegt der Hund begraben — IANVA padła ofiarą własnego nowatorstwa, technicznej sprawności i perfekcji wykreowanego stylu. Coś podobnego stało się udziałem Triarii czy Von Thronstahl.

Paradoks tkwi w tym, że istnieją zespoły — a nawet całe gatunki muzyczne — od których nie oczekujemy zmian, które tolerujemy, nawet jeśli po raz „enty” prezentują ten sam wachlarz brzmień i rozwiązań. Nikt poważny nie obrusza się, gdy Teodoryk Jolif z Lonsai Maikov serwuje kolejny zestaw smętnych, banalnych piosenek, których urok tkwi raczej w jakimś nieuchwytnym „duchu”, niż w wirtuozerii czy aranżacji. Nikt nie ma pretensji do Welle: Erdball o to, że w kółko grają proste, chwytliwe melodyjki, wprost nawiązujące do ery Commodore 64. Taka konwencja. Ale w przypadku IANVY, Triarii czy VT to tak nie działa — takie jest przynajmniej moje zdanie. Możecie się z nim nie zgadzać, de gustibus non disputandum, ale spróbuję jakoś uzasadnić ów pogląd. Chodzi chyba o to, że tego typu zespoły rozbudziły nadzieje — nadzieje na to, że neofolkowo-militarną estetykę można rozegrać na wysokim poziomie artystycznym i technicznym, że można nadać jej splendor i polot, nasycić, wypełnić… No właśnie — wypełnić, ale i wyczerpać chwilę potem. Rezultat jest taki, że VT zaczęło odcinać kupony od dawnych zasług, wydając kolejne, coraz dziwniejsze „wersje”, „remixy”, „covery” i „remixy coverów”, wspomniane Triarii zaś nie potrafi wybić się ponad apogeum osiągnięte już na debiutanckim albumie. IANVA poszła właśnie drogą projektu Krystiana Erdmanna. Na „Disobeddisco!” zachwycili, oszołomili, porwali do tańca i różańca, do romantycznej miłości w atmosferze walki o urojone imperia… po czym przyszedł bardzo podobny album „Ultimo Atto” i wreszcie „La Mano di Gloria”, które niczym prawie się nie różni od innych nagrań. Oczywiście, treść jest inna — tym razem fabuła płyty osnuta jest, o ile dobrze rozumiem, wokół dramatycznej historii swego rodzaju rewolty czy też kontrrewolucji w realiach świata z pogranicza fantasy i science-fiction — ale poza tym piosenki spokojnie można pomylić z tymi o zajęciu Fiume… albo z tymi o historii powojennych Włoch. Cóż, IANVA doszła do szczytu i zdaje się na nim tkwić, nie bardzo wiedząc, co począć dalej.

Ale nie zrozumcie mnie źle — sama w sobie to naprawdę dobra płyta. Zwłaszcza, jeśli dotąd nie znaliście zespołu…

IANVA – „La Mano di Gloria”, wyd. Antica Fonografia il Levriero 2012

1. Tempus Destruendi, 2. Il Bello Della Sfida, 3. Edelweiss, 4. Alta Via, 5. Sul Mio Sangue, 6. L’Anarca, 7. Portatori Del Fuoco, 8. Le Stelle E I Falò, 9. La Mano Di Gloria, 10. Canzone Dell’Eterna Aurora, 11. Della Morte Me Ne Rido, 12. Ultima Stazione, 13. Nell’Ora Dell’Addio

Lonsai Maïkov – „Barddwedi”

Co ja właściwie takiego słyszę w tej prostej, niepozornej muzyce? Przede mną jedna z prawie dziesięciu płyt wydanych przez Lonsai Maïkov w ciągu ostatnich dwóch dekad. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest skromna i w zasadzie uboga — podobnie jak większość innych nagrań melancholijnego Bretończyka. Ale to ubóstwo jest zarazem bogactwem, tyle że głębszym, bo… duchowym. Naciągana interpretacja? Zachwyt wmówiony samemu sobie z uwagi na ideowe pokrewieństwo z wykonawcą? Kto chce, niech tak myśli. A jednak zachęcam do wsłuchania się w te leniwe, senne piosenki, zbudowane na banalnych akordach, granych jakby w roztargnieniu, zupełnie obok zamyślonego, smutnego głosu, cicho nucącego teksty nawiązujące do mitów, symboli i ich ukrytych znaczeń. Zdawać by się mogło, że to kameralny występ dla samego siebie i wąskiej grupki najbliższych przyjaciół… W małym pomieszczeniu, przy świetle świec, bez sztuczności, pozy, stylizacji czy wszelkiego image’u, bez mundurów i epatowania zwichrowaniami własnej osobowości. Można to nazwać neofolkiem czy też dark-folkiem — proweniencji raczej „currentowej” niż „harcersko-żołnierskiej”, acz chwilami słychać tu także delikatne naleciałości cold wave czy dark ambientu. Tak czy inaczej — bardzo to piękne i poczciwe.

Lonsai Maïkov – „Barddwedi”, wyd. CD-R 2001

1. Proxumus Sum Egum Et Mihi, 2. Northward, 3. Orbis Non Suffici, 4. Brilliant Woods, 5. Worms & Serpents, 6. Dreaming is a Lonely Thing, 7. To Win the War, 8. A Burned Village (part I), 9. A Burned Village (part II), 10. La Flamme De Ma Joie, 11. The Lonely Sun, 12. Hamingia, 13. The Supreme Game, 14. The Supreme Game, 15. The Ruins of Honor, 16. La Conduite, 17. Iron Flowers, 18. Mountains of Ice

„Radio Pyongyang: Commie Funk and Agit Pop from the Hermit Kingdom”

Przedziwna to płyta, aż trudno w nią uwierzyć, że pozwolę sobie na takie przewrotne określenie. Oto kompilacja popularnych, północnokoreańskich pieśni propagandowych, zebrana przez niejakiego Krystiana Viraanta i wydana pod szyldem Radio Pyongyang. Groteskowy tytuł albumu – „Commie Funk and Agit Pop from the Hermit Kingdom” — idealnie obrazuje to, z czym mamy do czynienia na krążku. A jest to osiem kompozycyj, które przyprawiają o niemałą konsternację. Oto zestaw szalonych, zgoła absurdalnych w swoim ideologicznym zacietrzewieniu, pieśni masowych, brzmiących niczym fantazyjny mix monumentalnej muzyki klasycznej, azjatyckiego folkloru, zachodniego pop-rocka, piosenek dla dzieci i kabaretowej rewii. Słodkie to i pocieszne, ale ponure jednocześnie, o ile uświadomimy sobie kontekst. To „ludzka twarz” topornego, betonowego totalitaryzmu komunistycznego, to pierwszomajowe święto z uśmiechami przyklejonymi na stałe do ust. Rzewne i naprawdę wpadające w ucho pieśni o Ukochanym Przywódcy, radiowe komunikaty opiewające wielkie budowy socjalizmu, chóralne zaśpiewy chłoporobotniczej armii, a wszystko skąpane w ciepłych dźwiękach syntezatorów i instrumentów rodem z jarmarku. Zmilitaryzowane, socrealistyczne, disco-polo z orkiestrą symfoniczną. Laibach zaprzęgnięty do grania easy listening… Postmodernistyczny megamix, zaiste.

„Radio Pyongyang: Commie Funk and Agit Pop from the Hermit Kingdom”, Sublime Frequencies 2005

1. Motherland Megamix, 2. New Model Army, 3. Numbers Game, 4. Pride of the Nation, 5. Start ‘Em Young, 6. Arirang, 7. Commie Funk, 8. Mother Redux

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.