Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Romanoamerykański model władzy

Romanoamerykański model władzy

Adam Danek

Artur Ławniczak „Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich” Wrocław 2008, ss. 232.

Tego autora prawicowemu czytelnikowi przedstawiać nie trzeba. Dr Artur Ławniczak (ur. 1960) jest mu przecież dobrze znany jako redaktor i stały publicysta „intelektualistyczno-rewolwerowego” pisma „Stańczyk”, jak również ze znakomitych artykułów publikowanych na łamach periodyków „Pro Fide, Rege et Lege” oraz „Rojalista – Pro Patria”. Na początku 2008 roku wydana została jego obszerniejsza praca naukowa pod tytułem „Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich”. Wrocławski konstytucjonalista podejmuje w niej próbę – niewątpliwie udaną – opisania ustrojowej specyfiki krajów Ameryki Romańskiej. Jest to oś, wokół której oscyluje treść książki, często jednak wykraczając poza ramy tego skądinąd interesującego zagadnienia i podejmując problemy szersze. W niniejszym szkicu postaramy się uchwycić główne kierunki zawarte w dziele Ławniczaka.

Zainteresowanie budzi już sposób, w jaki Autor definiuje obszar badań – Amerykę Romańską (Romanoamerykę), zwaną wymiennie Ameryką Łacińską (Latynoameryką). Pierwszeństwo przyznaje kryteriom nie geograficznym, lecz kulturowym. Do Ameryki Romańskiej zaliczają się te tylko kraje regionu, które ukształtował katolicki wzorzec kulturowy. „Ameryka Łacińska (Latynoameryka) to dla piszącego te słowa ta część Nowego Świata, która została skolonizowana przez rzymsko-katolickich zdobywców, pozostających w kręgu cywilizacji łacińskiej i posługujących się językami wywodzącymi się z mowy antycznych Rzymian. Dlatego też zaliczamy do niej francuskojęzyczne Haiti, w przeciwieństwie do Gujany czy Surinamu, które należały do Anglików czy Holendrów, co powoduje, iż zaliczymy je, podobnie jak karaibskie dominia, raczej do Ameryki anglosaskiej.” (s.11). Przystępując do określenia miejsca Ameryki Romańskiej na geopolitycznej mapie globu, Ławniczak neguje sensowność zaliczania jej do tzw. trzeciego świata. Pierwszy, drugi i trzeci świat jako kategorie ściśle wiązały się ze strukturą polityczną planety wytworzoną przez zimną wojnę i wraz z jej zakończeniem odeszły w niebyt. Zimnowojenne podziały współcześnie już nie istnieją. Zastąpiła je planetarna opozycja pomiędzy krajami modernistycznymi, zwanymi też arbitralnie „wysokorozwiniętymi” i tworzącymi „globalne Miasto”, a krajami nie zmodernizowanymi, o tradycyjnych społeczeństwach, tworzącymi „globalną Wioskę”. Łatwo stwierdzić, po której stronie linii podziału leży Ameryka Romańska. „W tym schemacie Latynoameryka znajduje się w obozie wiejskim, pomimo wielomilionowych metropolii znajdujących się na jej terytorium. Mówiąc inaczej: jej państwa wciąż należą do krajów, gdzie wciąż dominuje gospodarka naturalna, ludność wyznaje tradycyjne wartości, duża rodzina jest silna i stanowi podstawowe środowisko naturalne zdecydowanej większości ludności, a aparat państwowy jest słaby i często przegrywa w starciu z rozmaitymi guerillami (partyzantkami miejskimi i wiejskimi).” (s.16). Połączenie katolickiej kultury z względnym brakiem zmodernizowania stosunków społecznych i ekonomicznych sprawia, iż – jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało – Ameryka Romańska pozostaje bardziej europejska od współczesnej Europy. „Wolniejsze przyspieszenie społeczno-ekonomiczne w Iberoameryce spowodowało, że bardziej przypomina ona tradycyjną Europę niż zamerykanizowany i zglobalizowany ››zachodni przyczółek Eurazji‹‹. Jeżeli chodzi o pewien klimat intelektualny, o problemy duchowe, którymi żyje elita, to w wielu miejscach i wielu aspektach odnajdziemy w Brazylii czy Kolumbii europejską belle époque, rozstrzelaną na Starym Kontynencie w 1914 r.” (s.16). W innym miejscu Autor powiada, iż w Ameryce Romańskiej „spora część ludności żyje wciąż w epoce przedoświeceniowej” (s.33).

Próby unowocześnienia Ameryki Romańskiej podejmowane były wielokrotnie, w szczególności przez podmioty z zewnątrz. Polityka USA wobec regionu od dawna polega na zamierzonym szerzeniu w nim ideologii demoliberalnej, podkopującej miejscowe tradycje ustrojowe. „Na najwyższym szczeblu ogólności trzeba zaznaczyć, że Stany Zjednoczone wspierają na Zachodniej Półkuli republikanizm i demokrację. Miały one duży udział w obaleniu II Cesarstwa Meksykańskiego i cały czas w różny sposób krzewią na południe od swej granicy idee demokratyczne, spoglądając życzliwie na kolejne fale demokratyzacji, nawiedzające co kilkadziesiąt lat Amerykę Łacińską.” (s.22). Obok demoliberalizmu, szereg prób modernizacji zainspirowała ideologia socjalistyczna. Takie podłoże miały: rewolucja w Meksyku w 1910 r., „uznawana przez niektórych za swego rodzaju próbę generalną przed bolszewickim przewrotem w Rosji”, późniejsza masońska dyktatura w tym kraju, rządy Castro na Kubie, sandinistów w Nikaragui czy lewicowej junty w Peru. (s.17). Oddziaływanie doktryn demoliberalizmu i socjalizmu załamało się jednak wraz z ponowoczesnym upadkiem wiary w postęp. W rezultacie obserwujemy odwrócenie procesu umasowienia polityki i jej nawrót do form elitarnych, rozsadzonych przez masy w XIX i na początku XX wieku. „W takiej sytuacji można postawić diagnozę, że polityka w sporym stopniu powróci w stare koleiny, będąc realizowana przez wąskie elity władzy, używające we frakcyjnych starciach tradycyjnych, ››klubowych‹‹ metod rywalizacji. Masy powrócą do naturalnego dla nich stanu politycznej bierności, ekscytując się sportem i innymi rozrywkami, o które będzie coraz łatwiej w świecie salonów gier i internetu. Ameryka Łacińska prawdopodobnie ponownie pogrąży się w swojej peryferyjności, nie znajdując w sobie sił zdolnych do uzyskania poparcia tłumów, przekonanych o tym, że mają światu coś ważnego do przekazania.” (s.19).

Na pozór państwa Ameryki Romańskiej nie posiadają równie bogatej historii ustroju, co kraje Starego Świata. Na pozór, ponieważ – jak wskazuje Ławniczak – najstarszych źródeł ich specyficznego modelu władzy należy poszukiwać w instytucjach politycznych kultur prekolumbijskich, łączących w sobie pierwiastki teokracji, monarchii, arystokracji, demokracji, a w pewnych aspektach również tego, co współcześnie nazywa się totalizmem. Po przybyciu Hiszpanów i Portugalczyków władztwo pogańskich królów zastąpiły centra władzy skupionej w kapitanach generalnych i wicekrólach, sprawujących rządy w imieniu arcykatolickich tronów w Lizbonie i Madrycie. W epoce odłączania się zamorskich terytoriów od europejskich metropolii, u zarania niepodległości państw Ameryki Romańskiej, w miejscu rządów obdarzonych sporą autonomią królewskich namiestników pojawiła się caudillaje – charyzmatyczna dyktatura wodzów powstań niepodległościowych. (s.24-29). Pomimo historycznych przemian form władzy daje się zauważyć ciągłość jej rdzenia, wspierana wedle Autora przez „potężną siłę Tradycji” (s.29). Na wszystkie te warstwy ładu politycznego w XIX i XX wieku nałożyły się wpływy importowanych z obczyzny, zasadniczo anty-tradycyjnych doktryn demoliberalizmu i socjalizmu. Z takiej wybuchowej mieszanki narodziły się współczesne ustroje państw Ameryki Romańskiej, których charakter bywa określany jako „syntetyczny czy też eklektyczny, reakcyjno-postępowy” (s.31).

Ustroje te nominalnie spełniają standardy liberalnej demokracji – nierzadko obwarowane są katalogami praw człowieka przewyższającymi pod względem objętości swe europejskie odpowiedniki. Nie występują w nich jednak dwa czynniki istotne dla demoliberalnego modelu. Po pierwsze, państwa Ameryki Romańskiej właściwie nie znają rządów parlamentarnych. Funkcjonują w nich parlamenty, lecz odgrywają zdecydowanie podrzędną rolę polityczną i nie mają wiele wspólnego z rządzeniem. Na gruncie brazylijskim powstało nawet znamienne pojęcie: „pseudoparlametaryzm czy też parlamentaryzm bastardzki”, oznaczające system, w którym parlament stanowi de facto narzędzie w rękach szefa państwa (s.75). Po drugie, nie zachodzi tam zjawisko monopolizacji i kartelizacji życia politycznego przez partie. Systemy partyjne są słabo wykształcone i bardzo chwiejne, ulegają nieustannym przetasowaniom; wpływ na politykę władzy może uzyskać jedynie ugrupowanie, któremu przewodzi należąca do niego głowa państwa (zwana wtedy w hierarchii partyjnej jefe-lider lub jefe maximo). Autor konstatuje: „Dochodzimy do wniosku, że w Ameryce Łacińskiej trudno jest odnaleźć przykłady tego, co w środkowej Europie nazwano Parteistaat.” (s.72).

Gdzie zatem znajduje się podmiot władzy w państwach nie rządzonych przez parlamenty ani partie polityczne? Analiza ich ustrojów jednoznacznie wskazuje na szefa państwa. Nie należy zapominać, iż ich tradycje wiązały się z zasadą monarchiczną. W XIX wieku, w okresie powstań niepodległościowych, w Ameryce Romańskiej upowszechnił się importowany z USA republikanizm, pojęty jako świadome odrzucenie monarchii (s.37). Wielu spośród caudillos, którzy im przewodzili, bynajmniej nie zaliczała się do zwolenników demokracji. Najsłynniejszy z nich wszystkich, Simón Bolívar, zwany Wyzwolicielem, wypowiadał się o niej nader sceptycznie: „Absolutny rząd demokratyczny jest tak samo tyrański jak despotyzm.” (s.48). Walczące o niepodległość państwa latynoamerykańskie zmieniały formę na republikańską, lecz nie odchodziły od konstrukcji mocnego, sprawnego rządu powiązanego ze ściśle spersonalizowanym przywództwem. Według Ławniczaka nie mogło zresztą dziać się inaczej: „W sytuacji generalnego (…) odrzucenia monarchii prezydencjalizm nasuwał się sam jako rozwiązanie łączące silną, z ducha monarchiczną, władzę wykonawczą z republikańską formą państwa. Takie połączenie stało się czymś typowym dla młodych państw postkolonialnych, szukających unifikujących symboli, ułatwiających tworzenie nowych tożsamości narodowych. Pałace prezydenckie stały się ośrodkami krystalizacji procesów narodowotwórczych.” (s.23). Cytowany przez Autora Vallenilla Lanz, wenezuelski myśliciel polityczny (teoretyk cezaryzmu demokratycznego) inspirujący się dziełami Charlesa Maurrasa (1868-1952), twierdził wprost, że „silny rząd, władza osobista i despotyczna to pierwsza konieczność dla ludów marzących o ukonstytuowaniu się” (s.48). Za wzorowy przykład prezydenckiego systemu rządów uchodzą USA. Tymczasem głowa państwa w Ameryce Romańskiej ma jeszcze silniejszą pozycję, niż w Stanach Zjednoczonych, zbliżając się wyraźnie do bonapartowskiej prezydentury plebiscytarnej. „Państwa latynoamerykańskie wybrały taki sposób wybierania prezydenta, jaki był przewidziany we francuskiej konstytucji z 1848 r., która tworzyła prawną podstawę dla rządów późniejszego Napoleona III. (…). Warto w tym miejscu przypomnieć opinię Kelsena, który twierdził, że bezpośrednie wybory egzekutywy raczej zagrażają suwerenności ludu niż ją wzmacniają.” (s.101). Z bardzo mocną legitymizacją jego władzy łączą się szerokie uprawnienia szefa państwa. W poszczególnych krajach Ameryki Romańskiej posiada on na przykład inicjatywę ustawodawczą, prawo weta wobec ustaw uchwalonych przez parlament, a nawet możliwość przeforsowania własnych projektów legislacyjnych w plebiscycie z pominięciem parlamentu (s.110). Od początków niepodległości Romanoameryki żywa pozostaje tam ponadto koncepcja dożywotności urzędu prezydenta. Rozpropagował ją sam Simón Bolívar, który pisał: „Prezydent republiki w naszej konstytucji jest jak Słońce, nieruchomo stojące w centrum Wszechświata i dające życie całemu światu. Jego najwyższa władza powinna być stała, bo w systemach pozbawionych hierarchii, bardziej niż w innych, jest niezbędny stały punkt, wokół którego krążą wysocy urzędnicy i zwykli obywatele, ludzie i rzeczy. (…). Dla Boliwii takim punktem jest dożywotni prezydent. Tak, dożywotni prezydent z prawem wyboru następcy to najważniejsza część ustroju republikańskiego.” (s.103-104). Koncepcję Bolívara próbowano realizować w różnych państwach Ameryki Romańskiej na przestrzeni XIX i XX wieku (s.104-105). Jak pokazuje przytoczony cytat, z nastaniem republik zmieniła się zewnętrzna szata głowy państwa, lecz jej rola pozostała na wskroś tradycyjna. Autor puentuje swe rozważania na jej temat wnioskiem: „(…) paradoksalnie w latynoamerykańskich pałacach prezydenckich można jeszcze spotkać prawdziwego monarchicznego ducha, którego jedynie marne pozostałości pokutują we współczesnych monarchiach konstytucyjnych, które nabrały sporo republikańskiej treści.” (s.122-123). Przywołuje też wyrazistą opinię Amerykanina W. Tuckera: „Współczesny latynoamerykański prezydent republiki jest niewątpliwie spadkobiercą scentralizowanych, absolutystycznych i personalistycznych rządów indiańskich władców, hiszpańskich wicekrólów i wielkich caudillos XIX wieku. Prezydent jest wciąż w realnym tego słowa znaczeniu państwem.” (s.123). Dla dopełnienia obrazu dodajmy, iż w niektórych krajach Ameryki Romańskiej przez długi czas prezydentem mógł zostać wyłącznie katolik; w Argentynie zniesiono tę zasadę dopiero niedawno (s.100-101). Rekapitulując, ustroje państw Romanoameryki nazywa się „superprezydenckimi” lub „dyktatoroidalnymi” (s.121), gdyż stanowią model pośredni pomiędzy systemem prezydenckim a dyktaturą szefa państwa. Często skądinąd przechodzą w tę ostatnią – historia odnotowuje w Romanoameryce nie tylko rekordową liczbę puczów i przewrotów, ale nawet rządy całych dynastii dyktatorów, rodzin: Somoza w Nikaragui, Duvalier na Haiti, Trujillo w Dominikanie. Mamy tam do czynienia z unikalnym zjawiskiem, ukształtowanym przez specyficzny rozwój dziejowy regionu. Ławniczak tak ujmuje istotę owego fenomenu: „Amerykański prezydencjalizm stanowi modernistyczną wersję ancien régime’ów, dostosowaną do nowego miejsca i innych czasów. Tradycja skupiania władzy, przede wszystkim wykonawczej, w jednym ręku jest silniejsza od wspomnianych powyżej oświeceniowych doktryn, które służą przede wszystkim do tego, aby dać osobom stojącym na czele państwa wygodną legitymizację, wzmacniającą ich pozycję w oczach tzw. postępowej międzynarodowej opinii publicznej. Konstytucje z ich owianymi duchem czasu zapisami odgrywają mniej więcej taką rolę, jak niegdyś korespondencja Katarzyny Wielkiej z francuskimi filozofami.” (s.21).

Drugim czynnikiem partycypującym we władzy politycznej pozostają elity narodowe. Jeszcze rządy kolonialne cechowało napięcie pomiędzy reprezentującymi tron wicekrólami a wolnymi ciałami korporacyjnymi strzegącymi swobód kreolskiej szlachty (s.60). Obecnie elita (współ)rządząca, pomijające nieformalne grupy wpływu, posiada przede wszystkim dwie zinstytucjonalizowane postacie. Po pierwsze, korpusu prawników i sędziów – uważanego w najlepszych latynoskich domach za obowiązkową drogę kariery – jako że wymiar sprawiedliwości cieszy się w Ameryce Romańskiej wyjątkową estymą i nawet wojskowe dyktatury respektują zwykle jego niezależność (s.142). Po drugie, sił zbrojnych, zachowujących nieoficjalną bądź, w niektórych krajach, nawet sformalizowaną (np. Rada Bezpieczeństwa Narodowego w Chile) możliwość oddziaływania na politykę głowy państwa (s.61-62).

Z wnikliwej analizy przeprowadzonej przez Ławniczaka wyłania się model władzy wykazujący podobieństwo do pewnych konstrukcji opisywanych już przez starożytników. Istnienie tego podobieństwa potwierdza sam Autor: „Antropokratyczna, ››oddolna‹‹ geneza ideologiczna władzy łączy się przeważnie z republikańskością, ta z kolei z demokracją, a ludowładztwo przeradza się w prezydencjalizm. Oznacza to, że wspomniany już wcześniej wyraźny rys arystokratyczny, przejawiający się w pielęgnowanej w obrębie kilkudziesięciu najważniejszych rodzin tradycji wpływu na władzę lub w jej sprawowaniu, jest uzupełniony przez jednoosobowe przywództwo, które może przypaść charyzmatycznemu ››człowiekowi znikąd‹‹, mającemu poparcie mas. W efekcie otrzymujemy Polibiuszowski ustrój mieszany, łączący w sobie elementy monokratyczne z oligokratycznymi i demokratycznymi.” (s.218). Czytelnik znajdzie w książce jeszcze wiele innych ciekawych informacji (m.in. poglądy prawno-polityczne latynoamerykańskich konserwatystów, w Polsce raczej nieznane, czy fragment o zachowawczym, militarnym autorytaryzmie z elementami korporacjonizmu, stworzonym w Paragwaju przez gen. Alfreda Stroessnera) – a wszystko to podane żywym językiem, z erudycją wykraczającą poza ścisłe ramy tematyczne pracy. Wrocławski konstytucjonalista najwyraźniej powiedział sobie, wzorem Wacława Berenta, że byle czego ze swego warsztatu nie wypuści. I słowa dotrzymał.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.