Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Wywiad z Adamem Bércesem

Wywiad z Adamem Bércesem

Rozmawiał Adam Tomasz Witczak

Adam Bérces to węgierski artysta, odpowiedzialny m.in. za projekty Durch Heer und Kraft, Mørk Skog czy Kraschau. Komponuje i wykonuje muzykę z obszarów martial industrial, neofolk, dark ambient, electro. Jest przekonanym monarchistą (legitymistą), co uwidacznia się zwłaszcza w nagraniach sygnowanych jako Kraschau. Pod szyldem tego projektu wydał dotąd dwa albumy: „Offenbarung” i „Falanx”.

Czy postrzegasz Kraschau jako część jakiejś „sceny” lub „stylu”? Czy istnieje według Ciebie coś takiego jak scena militarno-industrialna, czy może są tylko pojedynczy artyści, którzy grają swą własną muzykę?

Zdecydowanie sądzę, że faktycznie istnieje coś takiego jak scena militarno-industrialna, nawet jeśli większość artystów mówi, że po prostu robią swoją muzykę i wyrażają swoje uczucia albo coś w tym rodzaju (ja zresztą też tak robię). Dla mnie głoszenie przekazu Kraschau jest celem nadrzędnym, a ten rodzaj potężnej muzyki to dobre ku temu narzędzie. Niemniej istnieje, czy też istniała, taka scena, co jest rzeczą dobrą, aczkolwiek widzę, że ostatnio przekształciła się raczej w subkulturę – ze wszystkimi tego plusami i minusami. Ja jednak sympatyzuję tylko z niektórymi subkulturami i postrzegam siebie raczej jako kogoś „z podziemia”.

Dla mnie jedną z najbardziej interesujących rzeczy w martial industrialu jest to, że powstał on jako skutek pewnej specyficznej ewolucji. Jak wiemy, wczesne zespoły industrialne (Throbbing Gristle, Whitehouse, SPK czy Test Dept) były lewicowe albo postmodernistyczne i nihilistyczne, a więc jest pewnym paradoxem, że gatunek ten ewoluował w kierunku formy tak „reakcyjnej” jak martial industrial. I to nie tylko kwestia dodania „prawicujących” textów do starej muzyki (jak w rapie patriotycznym czy rocku) – była to zarazem ewolucja formalna w stronę inspiracji klasycznych. Czy zechciałbyś to w jakiś sposób skomentować? Czy to istotnie paradox?

Myślę, że istnieje spora luka pomiędzy wczesną muzyką industrialną a tym, co określamy jako martial — jak sam stwierdziłeś — chodzi tu nie tylko o kwestię ideologii, ale też muzyki i estetyki. Grupy takie jak Test Dept, SPK, Laibach etc. były pionierami dźwięków militarnych, ale nie były same w sobie grupami martial industrial. Wykorzystywały sample muzyki klasycznej i rytmy wojskowe jedynie jako część swoich experymentów, ponieważ ich prace prezentowały duży rozrzut stylistyczny. Martial industrial ma pewien „klimat” i brzmienie, które pojawiło się po raz pierwszy dopiero u Autopsii, Les Joyaux de la Princesse czy może Der Blutharsch.

Twoje pytanie, tj. w jaki sposób dźwięki klasyczne (ich wykorzystanie — w szczególności mam tu na myśli marsze — może być postrzegane poniekąd jako „tradycjonalistyczne”) i ideologia wpłynęły na gatunek muzyczny, jest interesujące. Sądzę jednak, że to pytanie typu „co było pierwsze, jajko czy kura?” i nie uważam, by tkwił w tym paradox: style muzyczne ewoluują, np. wczesna węgierska scena punk przed rokiem 1990 była antykomunistyczna i antypolityczna lub nihilistyczna, podczas gdy po upadku dyktatury komunistycznej stała się mniej lub bardziej lewicowa. Zdecydowanie sądzę jednak, że największy wpływ na martial wywarł Laibach. Oni też byli apolityczni, ale ich „faszyzująca” stylistyka wywarła wielkie oddziaływanie na scenę militarną.

Twój opis transformacji punka pasuje także do polskiej sceny przed i po roku 1989. Abstrahując jednak od tego, czy mógłbyś krótko opisać nam scenę martial/neofolk na Węgrzech? Wszyscy znamy Kriegsfall-U, a teraz także Kraschau, i wiemy, że macie wyraźne poglądy, szczególnie religijne. Czy spotykacie się czasem z przykładami – wybacz to politycznie poprawne słowo – „nietolerancji” w kręgach militarnych, gotyckich, neofolkowych?

To całkiem interesujące, że Węgry mają dużo militarnych i neofolkowych projektów, które znane są dobrze w świecie, wydają w sławnych wytwórniach, ale w kraju ta muzyka jest prawie zupełnie nieznana. Oczywiście są małe kręgi, które słuchają tego rodzaju dźwięków, głównie chodzi tu o gotów, a ostatnio także – z mojego pokolenia – o ludzi ze sceny extremalnego metalu, ale np. w kontekście koncertów oznacza to frekwencję rzędu 20-30 osób, a więc niewielką. Szczególnie w ostatnich kilku latach było coraz mniej występów na żywo, a wiele projektów przestało być aktywnych. Cieszę się natomiast, że łączy mnie bliska przyjaźń z Kriegsfall-U oraz że możemy pracować razem. Oni zawsze wywierali duży wpływ na mnie, a także na moje życie osobiste, a więc to wielki zaszczyt móc tworzyć wraz z nimi. Oczywiście spotykamy się z nietolerancją, ale zwykle jest to niewypowiedziana, utajniona niechęć — sugestie, jakoby przynależność do „mrocznej” subkultury i bycie chrześcijaninem było sprzecznością. Tymczasem — według mnie — pierwsza lepsza ikona popkultury jest bardziej sataniczna niż najbardziej „złowrogi” zespół metalowy.

Co oznacza dla Ciebie postęp, rozwój, zmiana w sztuce? W konserwatywnych kręgach często możemy spotkać ludzi, którzy uważają, że każda nowa formuła jest zła i powinniśmy słuchać wyłącznie muzyki najdalej z XVIII wieku etc. Z drugiej strony, mamy też – w niektórych kręgach „chrześcijańskich” albo „skrajnie prawicowych” – dziwną tendencję do mieszania schematów popkultury (jak rock czy hip-hop) z „właściwymi textami”, ale bez żadnej głębszej myśli. W historii sztuki dostrzegamy jednak interesujące przykłady katolickiej i prawdziwie uduchowionej awangardy – w muzyce może być to Messiaen, w architekturze Gaudi. Jakie jest Twoje zdanie? Gdzie jest ta wąska linia pomiędzy „obrazoburczymi artystami, którzy rozprzestrzeniają swe dzieła chaosu” (Changes) a byciem gościem, który zatrzymał się gdzieś przed impresjonizmem i boi się iść dalej?

Nie uważam, by awangarda była w ogólności zła. Myślę, że to, co naprawdę się liczy, to ideologia, jaka stoi za dziełem. Artyści katoliccy, jak Gaudi czy Messiaen, nie chcieli niczego niszczyć, chcieli po prostu dodać coś nowego ze swego XX-wiecznego punktu widzenia, szanując jednak wartości tradycyjne. Natomiast modernistyczni i postmodernistyczni artyści rozpowszechniający antyreligijne, prohomosexualne czy profeministyczne doktryny chcą z kolei zniszczyć całą przeszłość i wszystko, co było wartościowe. Być może narzędzia jednych i drugich twórców są sobie bliskie, ale to po prostu dlatego, że żyjemy w tej samej epoce. Cele są jednak naprawdę różne. Co do muzyki typu chrześcijański rock lub hip-hop, to nie jest ona sztuką – to po prostu śmieszna (?) moda północno-amerykańskich neoprotestantów, więc nie warto nawet o niej mówić.

Opisujesz się oczywiście jako monarchistę czy też rojalistę. Czy jesteś oficjalnym członkiem lub sympatykiem jakiejś grupy politycznej (albo metapolitycznego stowarzyszenia) zaangażowanej w monarchizm?

Na Węgrzech nie mamy żadnych zarejestrowanych politycznych ruchów monarchistycznych. Mamy kilka „nieoficjalnych” grup czy też ruchów oraz, podobnie jak Wy, portal internetowy (Regnum! Portal). Jestem tam redaktorem i autorem. To największa „baza” dla węgierskiego monarchizmu, ściśle powiązana z Ligą na Rzecz Królestwa Węgierskiego (Magyar Királyságért Liga). Nim zostałem monarchistą, wspierałem pewne idee skrajnej prawicy, ale nigdy nie byłem członkiem żadnych ruchów.

Jak wiemy – i jak sam kiedyś mi napisałeś – węgierska tradycja niepodległościowa (tradycja walki o niepodległość) jest w większej części liberalna, masońska, republikańska, rewolucyjna etc. Jakie więc są stosunki między monarchistami i nacjonalistami? Czy oni uważają Was za „zdrajców”, wrogów niepodległych Węgier lub kogoś w tym rodzaju? I czy są jacyś monarchiści, którzy byliby gotowi wesprzeć monarchię – ale nie dynastię Habsburgów, tylko jakiś rodzaj monarchii „prawdziwie węgierskiej”, „narodowej”?

Sytuacja ideologiczna na Węgrzech jest dla nas naprawdę trudna: tzw. wojny o niepodległość – w szczególności ta z lat 1848-1849 – to czynnik determinujący tożsamość przeciętnego Węgra niezależnie od jego faktycznych przekonań politycznych. Poza tym większość węgierskiej centro-prawicy, skrajnej prawicy, a także kręgów konserwatywnych i nacjonalistycznych ma wielki szacunek dla owych wojen, choć u samych podstaw była to lewicowa rewolta przeciw królestwu, prowadzona przez wolnomularskich intelektualistów i młodych, entuzjastycznych, ale również lekkomyślnych literatów. Postrzega się to jednak jako sprawy „narodowe”, choć oczywiście ludzie lewicy też szanują to dziedzictwo i te postaci, więc jest to kult pełen niekonsekwencji.

Początkowo wojny te uważano po prostu za powstania przeciw królestwu, ale później, w czasie komunizmu, podejście historyków było oczywiście przeciwne monarchii, stąd nauczali, że Habsburgowie byli tyranami, którzy nienawidzili Węgrów. Dyktatura komunistyczna się skończyła, ale w głowach ludzi pozostał schemat: Habsburgowie = źli goście, rewolucjoniści = dobrzy goście.

Oczywiście my, monarchiści i legitymiści, jesteśmy „wrogami” wszystkich. Większość prawicy i nacjonalistów mówi, że (cytuję) „całujemy tyłki Habsburgów”. Lewica i liberałowie są rzecz jasna przeciwko całej idei monarchii jako takiej, bo w ich mniemaniu jest opresyjna. Jest też paru gości, którzy wierzą w królestwo, ale z „narodowym” królem, jednak żaden z nich nie potrafi powiedzieć, kto miałby być tym królem. Tymczasem my, legitymiści, mamy na to zdecydowany pogląd. Mamy dynastię, która już panowała i nie była taka zła, jak sądzi większość Węgrów…

Powiedziałeś, że zostałeś legitymistą po uprzednim byciu zwolennikiem pewnych „grup skrajnej prawicy”. Proszę, byś opowiedział nam o tej ewolucji. Czy byłeś w tym sam, czy miałeś też przyjaciół podążających tą samą drogą?

Byłem „sam”, a więc była to moja własna walka. Od kiedy pamiętam, zawsze byłem nastawiony konserwatywnie czy też prawicowo i czułem w jakiś sposób, że nowoczesny świat nie jest OK. Najpierw jednak, jako nastolatek, sądziłem, że rozwiązaniem jest prawicowy extremizm/nacjonalizm, a także, że zamiast demokracji potrzebujemy jakiejś formy przywództwa autorytarnego. Kilka lat temu wpływ wywarli na mnie pisarze tradycjonalistyczni, a później węgierski blog monarchistyczny, który wówczas startował, oraz Kriegsfall-U. Wszystkie te rzeczy miały na mnie duży wpływ i sprawiły, że zmieniłem swój sposób myślenia – uwierzyłem, że jedynym działającym i uczciwym ustrojem jest monarchia!

Teraz mam przyjaciół z kręgów monarchistycznych, o których pisałem, jak Regnum! Portal. Związek Kraschau z tą „sceną” też jest bliski.

Muzyka Kraschu jest – podobnie jak muzyka Kriegsfall-U – martialem w manierze szorstkiej i mrocznej, być może jak np. Turbund Sturmwerk. Czy kiedykolwiek myślałeś o graniu martialu lżejszego i melodyjnego, jak choćby Dernière Volonté czy Leger des Heils?

Lubię te zespoły, a także ostrzejszy i bardziej mroczny martial, jak Turbund Sturmwerk czy Wappenbund (być może to właśnie moi faworyci), ale myślę, że zdecydowany i mocny przekaz wymaga ciężkiej i mocnej muzyki. To dlatego wybrałem tworzenie mieszanki ostrzejszych i bardziej hałaśliwych dźwięków z potężnymi rytmami i epickimi aranżacjami orkiestralnymi.

Opowiedz nam o ambientowym obliczu Twej muzyki. Mam tu na myśli Mørk Skog. Który podgatunek ambientu jest Twoją inspiracją? Może chodzi o oldschoolowy, sakralno-gotycki styl wczesnego Cold Meat?

To zabawne, ale nie – moją największą inspiracją byli współcześni kompozytorzy muzyki poważnej ze szkoły minimalistycznej, a także Tangerine Dream. Natomiast od lata tego roku nie prowadzę już Mørk Skog. Zrobiłem w tym obszarze wszystko, co chciałem. Wypuszczę jeszcze darmową kompilację pod tytułem „777” (gdzie na siedem utworów trzy będą w ramach Mørk Skog), będącą ostatnim przejawem istnienia tego projektu.

Pewnego razu powiedziałeś mi, że jesteś klasycznie wykształcony pod względem muzycznym. Czy mógłbyś powiedzieć nam o tym coś więcej?

Ze strony matki wywodzę się z rodziny muzyków, wszyscy jej bracia, a także rodzice, byli muzykami. Chodziłem do szkoły muzycznej od czasów podstawówki. Uczyłem się gry na trąbce, rogu i puzonie. Grałem też w orkiestrze dętej, a później w symfonicznej. Jednakże nie jestem zawodowym muzykiem, nigdy zatem nie uczęszczałem do akademii muzycznej lub konserwatorium, ale muzyka klasyczna była zawsze ważna w moim życiu i to pomaga mi przy tworzeniu mojej własnej. Niestety, teraz nie mam żadnego ze wcześniej wspomnianych instrumentów – tylko syntezatory, automaty perkusyjne i mixery.

Wracając do kwestii doktrynalnych: które ruchy rojalistyczne i katolickie spoza Węgier są dla Ciebie największą inspiracją? Karlizm, szuaneria, cristeros, jakobityzm?

Największy wpływ mają na mnie ruchy polityczne czasów hiszpańskiej wojny domowej, którą postrzegam jako krucjatę przeciw zjednoczonym komunistom i socjalistom. Mam więc ogromny szacunek dla karlizmu, a także falangizmu (który oczywiście nie jest monarchistyczny, ale katolicki). Cenię sobie także austriacki legitymizm po pierwszej wojnie światowej, ale niestety trudno zdobyć dobre materiały o tych środowiskach. To wciąż poniekąd podziemie.

A czy teraz istnieją jakieś kontakty pomiędzy węgierskimi monarchistami i legitymistami z innych krajów (takimi jak Ruch Neoburboński, odłamy karlistów, neojakobici etc.)?

Nie, nie mamy na razie żadnych kontaktów. Nasza grupa wciąż jest dość młoda, jesteśmy na etapie formowania się, ale oczywiście w przyszłości będziemy otwarci na międzynarodowe kontakty.

W jaki sposób Ty – ale także i inni węgierscy monarchiści – wyobrażacie sobie idealną monarchię? Niektórzy uważają, że monarchia oznacza tylko, że jest jakiś król, który „może wszystko”. Inni preferują nowoczesną „monarchię parlamentarną”, ale są też rojaliści tacy jak karliści hiszpańscy, którzy są zarówno przeciw absolutyzmowi, jak i liberalizmowi. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat? Co było dobre, a co złe w systemie austro-węgierskim?

Ogólnie rzecz biorąc, my – węgierscy monarchiści, a przynajmniej nasza grupa – sądzimy, że posiadamy już tradycję monarchiczną, która jest dobra dla nas i wciąż możliwa do zaaplikowania. Sprzeciwiamy się zachodnioeuropejskim monarchiom parlamentarnym, gdzie rola króla jest czysto symboliczna. Oczywiście to lepsze niż każda republika, ale nam to nie wystarcza. Węgierski król nie tylko panuje, ale i rządzi. Po roku 1867 system monarchii dualnej stał się monarchią konstytucyjną. Niektórzy z nas twierdzą, że wówczas rozpoczął się upadek, inni – w tym ja – że wciąż było to rzeczą dobrą (szczególnie że moimi ulubionymi królami są Franciszek Józef i błogosławiony Karol IV). Monarchia austro-węgierska była wielką jednością i mocno rozwinęła się w miarę upływu czasu. Taka jedność byłaby naprawdę dobra dla obu państw, ale oczywiście w dzisiejszych czasach to tylko sen, a my jesteśmy zdecydowanymi realistami – pogoń za wielkimi fantazjami zawsze kończy się boleśnie. Tacy ludzie często po prostu nie potrafią dostrzec, co tak naprawdę mogą zrobić.

Powiedziałeś: oba kraje, Austria i Węgry. Co z innymi oraz z ich walką o niepodległość (mam tu na myśli np. kraje bałkańskie czy Polskę). Czy było to usprawiedliwione? To smutny fakt, że katolicka monarchia austriacka wzięła udział w rozbiorach Polski, kiedy to Rosja, Prusy (i Austria) po prostu podzieliły niepodległe królestwo Polski między siebie.

Oczywiście było to nie fair, podobnie jak Trianon dla Węgrów. Rzecz jasna nie postrzegamy bratnich polskich ziem jako naszych terytoriów. Chociaż monarchia jest najlepszą formą państwa, to jednak wciąż może popełniać błędy – niekiedy małe, a niekiedy bardzo poważne.

Opowiedz nam o sytuacji tradycjonalizmu katolickiego na Węgrzech. Czy macie węgierską gałąź FSSPX, czy są msze postindultowe (na bazie Summorum Pontificium) i czy są jacyś sedewakantyści?

Nie wiem, czy są jakieś grupy zwolenników FSSPX lub sedewakantystów w naszym kraju, niemniej mamy msze w rycie trydenckim i część z moich monarchistycznych przyjaciół uczęszcza na nie. Ja jednak chodzę na NOM w mojej parafii. Jest tam naprawdę dobra wspólnota, proboszcz to miły człowiek, a do tego kościół jest piękny. Zgadzam się i rozumiem, że stary ryt był lepszy, ale nie zgadzam się z sedewakantyzmem (oczywiście wiem, że uczęszczanie na mszę trydencką to nie to samo, co bycie sedewakantystą). Nie uważam, by papieże po Vaticanum II byli nieprawowici, ponieważ mieliśmy od tamtej pory także i wielkich papieży, jak Benedykt XVI. Oczywiście zgadzam się, że podczas Vaticanum II podjęto wiele złych decyzji, wierzę jednak, że nawet jeśli dzieją się złe rzeczy, to one również mają swoje miejsce w Bożym planie dla Kościoła.

Dla polskich czytelników może być interesujące, że istnieje (istniało?) na Węgrzech silne środowisko tradycjonalistów integralnych, perennialistów. Na przykład, już niemal 25 lat temu mieliście jeden z pierwszych neofolkowych czy też postindustrialnych kolektywów artystycznych inspirowanych myślą Guenona etc. Mam tu na myśli ACTUS, rzecz jasna. Co sądzisz o tych ruchach? Głęboka duchowość – czy może quasi-reakcyjny skrajnie prawicowy new age dla tych, którzy po prostu boją się „być prostymi ludźmi”, jak to śpiewał Lynyrd Skynyrd?

Swego czasu bardzo popierałem tę szkołę, ale ostatnio jestem nią mniej zainteresowany. Jest dobra dla czytelników, ale potrzebujemy wyraźnych działań, nie tylko wielkich myśli. Byłem naprawdę rozczarowany, gdy wielu współczesnych autorów tradycjonalistycznych poparło partię narodowo-radykalną, tj. Jobbik, i myślę, że dla wielu ludzi to nic więcej jak tylko rodzaj pewnej wyjątkowej mody. Poza tym bardzo kontrowersyjna jest ich sympatia dla narodowego socjalizmu. Wciąż myślę, że to interesująca filozofia, ale stała się według mnie zbyt monotonna. Niemniej ACTUS to oczywiście był wybitny zespół i w czasach, gdy słuchałem ich częściej, robili na mnie wielkie wrażenie. W każdym razie teraz definiuję siebie po prostu jako katolika i monarchistę.

Jak wiemy, połowa Twego nowego albumu (jako Kraschau) jest ściśle poświęcona hiszpańskiej wojnie domowej (Krucjacie). Co sądzisz o koncepcji albumu (Twojego lub może składankowego) o wszystkich ważniejszych ruchach kontrrewolucyjnych – od jakobityzmu poprzez szuanerię, sanfedyzm, miguelizm, karlizm etc. – aż po OAS i chrześcijan z Libanu? Swego rodzaju opus magnum?

Myślę, że to bardzo dobry pomysł. Być może kompilacja byłaby wystarczająco dobra dla zobrazowania tak szerokiego spektrum historii. W istocie ja również chciałbym wyjść nieco poza tematy hiszpańskie i austro-węgierskie, ale to rzecz jasna wymaga orientacji w kwestiach historycznych, a także dogłębnej lektury…

OK, zatem czas na ostatnie pytanie: co to znaczy „Kraschau”? Jak napisałeś swego czasu – jest to nazwa fikcyjnego miasta, tak? Ale czy to neologizm, czy może Twoje własne słowo? Jak ono brzmi dla Niemców i Węgrów, skoro to słowo quasi-niemieckie?

Każdy sądzi, że to prawdziwe miasto, ponieważ niemiecka wersja nazwy miasta Kassa (obecnie są to Koszyce na Słowacji), to Kaschau, a poza tym w Banacie jest też zamek Krassó (Karaş). Jednakże Kraschau to żadne z tych miejsc – nigdy nie istniało. To twór mego umysłu. Na następnej płycie podam więcej informacji o tym fikcyjnym mieście.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.