Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Rozmyślania przy destylacji calvadosu

Rozmyślania przy destylacji calvadosu

Adrian Nikiel

Ale to świadkowie żywi – więc stronniczy
Jacek Kaczmarski

Najuważniejszy z naszych Czytelników, pan Przemysław Witkowski, tak dalece troszczy się o czystość rojalistycznego etosu, że słowo „legitymiści” ujmuje w cudzysłów, kiedy chce wyrazić sprzeciw wobec domniemanego odstępstwa monarchistów od ich pryncypiów. Ofiarą tej praktyki padli francuscy legitymiści bohatersko broniący wiosną 1945 roku Berlina przed zwycięską Robotniczo-Chłopską Armią Czerwoną. Problem w tym, że w swoim (nie)świętym gniewie pan Witkowski całkowicie pomija ówczesne uwarunkowania ideowe i geopolityczne oraz wszystkie wynikające z nich konsekwencje – a z tym właśnie musieli zmierzyć się ci monarchiści, którzy uznali, że należy chwycić za broń. Być może udzielili błędnej odpowiedzi na podstawowe zagadnienia epoki – o tym sine ira et studio można długo dyskutować – ale: jakie działania powinni podejmować w latach II wojny światowej, aby pan Witkowski był łaskaw uznać, że francuski rojalizm wyszedł z niej nieskalany?

Zaznaczmy na wstępie, że nie ma mowy o ideologicznych sympatiach między legitymistami a narodowymi socjalistami, czego na niwie „polityki realnej” najdobitniejszym potwierdzeniem stały się wojenne dramaty jakobickiej rodziny królewskiej, więzionej w kilku obozach koncentracyjnych, czy króla Hiszpanij Xawerego I (wówczas jeszcze regenta), skazanego na śmierć, torturowanego i również przetrzymywanego do kwietnia 1945 r. w niemieckich obozach koncentracyjnych. Daleki od entuzjazmu w obliczu starcia totalitarnych potęg był przebywający na emigracji we Francji cesarz rosyjski Włodzimierz. Warto też wspomnieć o osobistej nienawiści Adolfa Hitlera do Domu Austrii. Wielu monarchistów (zarówno legitymistów, jak i orleanistów) znalazło się we francuskim ruchu oporu. Każdy z tych przypadków (i zapewne wiele innych) zasługiwałby na osobną monografię, w polskiej literaturze historycznej jest jeszcze wiele białych plam do wypełnienia. Już nawet to podstawowe zestawienie faktów pozwala wątpić, czy legitymiści służący w 33. Dywizji Grenadierów SS (1. francuskiej) „Charlemagne” mogli być „hitlerowcami”.

W swojej skrajnie uproszczonej wizji II wojny światowej p. Witkowski dostrzega jedynie postaci wyjęte z propagandowych filmów wojennych czy gier komputerowych – służba w Dywizji, bez żadnych odcieni szarości, ma wyczerpywać temat i mówić wszystko o człowieku. Utrwala więc, niestety, kłamliwą, zsakralizowaną wersję dziejów Sowdepii. Z punktu widzenia polskiej racji stanu jest to postępowanie wręcz perwersyjne.

II wojna światowa to kolejna z demokratycznych wojen totalnych, czyli takich, gdzie nie ma przeciwnika – jest tylko wróg, będący zawsze wcieleniem Zła, zasługującym jedynie na unicestwienie przy użyciu wszystkich dostępnych środków. Dobro (czyli „my”) musi zwyciężyć za wszelką cenę, tym bardziej zaś wtedy, gdy na polach bitew miało zapaść rozstrzygnięcie, który z socjalizmów jest tym „prawdziwym”, a który – „herezją marxizmu”.

Zastanówmy się zatem, z jaką sytuacją musieli zmierzyć się Francuzi walczący na froncie wschodnim: uzurpacja narodowosocjalistyczna chyliła się ku upadkowi, natomiast bolszewicy byli zdeterminowani, aby nieść rewolucyjną pożogę jak najdalej, nie licząc się z przedwojennymi granicami, ustrojami czy treścią umów międzypaństwowych. Władza sowiecka miała sięgać tam, gdzie będą stacjonować sowieccy żołnierze. W tym samym czasie Francuska Partia Komunistyczna weszła w skład koalicji rządowej sformowanej przez generała Karola de Gaulle’a, nieco później wygrała wybory parlamentarne, francuscy antykomuniści padali zaś ofiarą dzikich czystek i zemsty zwycięzców. Ginęli świadkowie mogący ujawnić prawdę o zbrodni katyńskiej. Formacje komunistyczne rosły w siłę w wielu innych krajach. Z dwóch śmiertelnych wrogów cywilizacji łacińskiej realną siłą i zagrożeniem pozostawała więc bolszewicka barbaria.

Wyjątkowa skala przemocy, zniszczeń i grabieży jej przedstawicieli na zdobytych terenach jest powszechnie znana – i nie wmawiajmy sobie, że dotyczyła tylko „faszystów”. Okrucieństwo jest zresztą wpisane w naturę i praktykę komunizmu, którego ostatecznym celem jest przecież anihilacja rodzaju ludzkiego. Wspierając dogorywającego wroga Francji, aby dzięki temu powstrzymać, a przynajmniej opóźnić nadejście większego zagrożenia, monarchiści odgrywali rolę wręcz katechoniczną. Tę samą obserwację można zresztą odnieść do tragedii powstania warszawskiego, które sprawiło, że w wyniku półrocznego opóźnienia Armia Czerwona w swoim pochodzie na Zachód zatrzymała się nad Łabą, a nie kilkaset kilometrów dalej. Z drugiej zaś strony powinniśmy zadać pytanie, które p. Witkowskiemu nie przyszło nawet do głowy: z jakiego powodu należałoby uznać, że legitymiści mieli jakiekolwiek zobowiązania wobec kolejnej republikańskiej uzurpacji, z której kilkanaście miesięcy później wyłoniła się tzw. IV Republika? O ile mi wiadomo – być może p. Witkowski będzie uprzejmy mnie poprawić, odwołując się do wiarygodnych źródeł – król Francji i Nawarry Jakub Henryk (panujący w latach 1941–1975) nie zabronił swoim poddanym walki z czerwoną zarazą, nie można zatem Francuzom broniącym Berlina postawić np. zarzutu zdrady króla i ojczyzny.

Jeżeli wzniesiemy się nad poziom umoralniających czytanek, jakimi są artykuły p. Witkowskiego, łatwo dostrzeżemy, że prawdopodobnie wszystkie strony walczące na frontach II wojny światowej mogłyby zostać oskarżone o czyny zwane zbrodniami wojennymi, zbrodniami przeciwko ludzkości1 etc. Wojna, obawiam się, nie sprzyja wzrastaniu w świętości – z chwalebnymi wyjątkami heroicznych jednostek. W tym czasie legitymiści nieustannie kalkulowali i podejmowali decyzje, jak się zachować i gdzie stanąć, aby ocalić Francję i zagwarantować jej miejsce w powojennej Europie. Osiem dekad później, bogatsi w wiedzę i doświadczenie, mamy ten komfort, że nie musimy zgadzać z wyborami niektórych z nich. Ale to jeszcze nie upoważnia p. Witkowskiego, aby drwinami znieważać pamięć niezaprzeczalnie odważnych, młodych ludzi, którzy na gruzach Berlina w sowieckim okrążeniu umierali, ale powoli.


1 Wśród nieosądzonych zbrodni jest m.in. wymordowanie w maju 1945 r. grupy jeńców, francuskich esesmanów, na rozkaz gen. Filipa Leclerca. Ten morderca do dziś uchodzi za bohatera narodowego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.