Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » List do redakcji tygodnika „Angora”

List do redakcji tygodnika „Angora”

Adrian Nikiel

Szanowni Państwo,

Niesmak, zażenowanie, zdumienie — to najłagodniejsze wyrazy, jakimi można skomentować felieton p. Sławomira Pietrasa pt. „Tuniu, masz świetnego wnuka” (nr 5/1024), w którym Autor udziela bezwarunkowego rozgrzeszenia bez wspominania o winie, skrusze i pokucie zmarłemu w 2008 roku hr. Wojciechowi Dzieduszyckiemu, legendarnemu artyście i — niestety — konfidentowi bezpieki. Rozgrzeszenia? — to chyba za mało powiedziane. Pan Pietras zdaje się dokonywać deifikacji, a właściwym tytułem artykułu powinno być raczej „Po śmierci został zaliczony w poczet bogów”.

Wiemy, jakie były losy polskiej arystokracji od 1939 r.: emigracja, zesłanie, więzienie, wysiedlenie, śmierć, grabież majątków, dewastacja zabytków, systematyczne niszczenie przez okupantów i ich krajowych kolaborantów całej warstwy społecznej. W tych ekstremalnych warunkach przedstawiciele szlachty i ziemiaństwa każdego dnia musieli własnym przykładem świadczyć, czy są arystokracją wyłącznie z nazwy i dzięki zrządzeniu losu, który sprawił, że urodzili się w takiej, a nie innej rodzinie, czy też rzeczywiście spełniają wyższe, niż stawiane Stanowi Trzeciemu, kryteria wierności, honoru i odpowiedzialności.

Szlachectwo to synonim życia pełnego trudów, wyzwań i wyrzeczeń. Od szlachty, warstwy przodkującej, która była Polską, wymaga się więcej. Tym bardziej, gdy mamy do czynienia z osobą cieszącą się tytułem arystokratycznym, wolno nam oczekiwać, iż zgodnie ze znaczeniem greckiego terminu „aristoi”, obcować będziemy z osobą „najlepszą”, która nie byłaby zdolna do współpracy z wrogami Polski.

W publikacjach poświęconych UB/SB podnosi się, że nie istniały „niewinne” donosy, co do których ich autor mógł być całkowicie przekonanym, iż nikomu nie zaszkodzą. Obrońcy agentów natomiast chcieliby przekonać Polaków, że tak naprawdę wszystkie donosy były nieszkodliwe, każdy tajny współpracownik został „złamany”, ale w tym stanie „złamania” natychmiast podejmował „grę z bezpieką”, którą następnie przez wiele lat wyprowadzał w pole. „Ofiar w ludziach nie było…”

Właśnie — ofiary. Czy możemy być pewni, że Tajny Współpracownik w latach 1949-1972 nie złamał życia ani jednej osobie? Zapewne dla p. Pietrasa nawet po 400 donosach jego bohater pozostaje postacią nieskalaną, taką, z której kolejne pokolenia powinny brać przykład. Dobrze, przyjmijmy na chwilę, że „ofiar w ludziach nie było…”. Ale jak w ogóle można z uznaniem, szacunkiem i bezbrzeżnym podziwem mieć za idola arystokratę, który przystąpił do obozu Rewolucji? Chciałbym wierzyć, iż p. Pietras zrozumie sens mojego pytania.

Autor z wielkim zapałem atakuje osoby, które ujawniły czarne karty życiorysu hr. Dzieduszyckiego, nazywa je m.in. „podłymi i obrzydliwymi”. Kuriozalny zarzut, że „(…) autorów oskarżeń proszono o wstrzymanie się z publikacją do czasu śmierci Hrabiego, ale byli nieubłagani”, można odwrócić. Gdyby publikacja ukazała się dopiero po śmierci jej bohatera, p. Pietras mógłby napisać: „Nie dali szansy odpowiedzi ponad 90-letniemu starcowi! Czekali, aż umrze, aby nie mógł już niczego wyjaśnić! Nie pozwolili mu skonfrontować się z zawartością teczek!”. Pan Pietras nie pisze tego wprost, ale nie ulega wątpliwości, że tak naprawdę oskarża niewymienionych z nazwiska badaczy o kłamstwa, a może nawet ordynarne fałszowanie dokumentów. Czyżby tylko bojąc się odpowiedzialności za zniesławienie nie dopowiedział, iż jego zdaniem „historycy z IPN” spreparowali wszystkie donosy?

Nie odczuwam potrzeby i nie mam niezbędnej wiedzy, aby oceniać hrabiego Dzieduszyckiego, którego życie już dawno zostało zważone na Sądzie Bożym. Felieton p. Pietrasa mówi więcej o Autorze niż o Zmarłym. W swoim szokującym bałwochwalstwie p. Pietras nie zauważył nawet, jak przekroczył granicę śmieszności, opisując swoje pierwsze spotkanie z wnukiem hr. Dzieduszyckiego. Opowieść o sześciomiesięcznym dziecku, które zlizuje szampana z palców gości hrabiego i w końcu po tej dawce alkoholu zasypia, brzmi dość perwersyjnie.

O ile można zrozumieć motywy, jakimi kieruje się wnuk broniąc pamięci dziadka, trudno pojąć, dlaczego p. Pietras przemilczał, że jego idol zdążył — na szczęście — przed śmiercią przyznać się do współpracy z bezpieką i wyrazić żal. Pisząc na kolanach akt deifikacji p. Pietras nie zauważył, iż bohater, któremu wznosi pomnik, rozliczając się z własnym życiem nie udawał postaci pomnikowej.

 

Z poważaniem

Adrian Nikiel

 

Do 8 lutego 2010 r. redakcja „Angory” nie zdecydowała się na publikację powyższego listu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.