Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Spojrzeć na siebie z boku

Spojrzeć na siebie z boku

Adam Tomasz Witczak

Szukanie winy za zaistniałą sytuację w samym sobie zawsze przychodzi nam trudno. Uczciwy osąd własnego postępowania wymaga bowiem wyzbycia się pychy, a w konsekwencji: przyznania, że źle wykorzystaliśmy pewien odcinek danego nam czasu, zmarnowaliśmy nasze siły, zrobiliśmy coś, czego robić nie powinniśmy. Dokonaliśmy czegoś, co nie powinno się zdarzyć. Niełatwo oswoić się z taką myślą. Pół biedy, jeśli nasz zły postępek zdążył już przynieść widoczne gołym okiem, opłakane skutki dla nas samych – wówczas bowiem przykrość wynikająca z tej doczesnej kary niemal wprost dowodzi nam, że „nie było warto”. Mamy się czego uchwycić, możemy powiedzieć sobie: „nabroiłem, teraz muszę to wypić”. Gorzej jednak, gdy przychodzi nam rozliczyć się ze złem, które przyniosło nam doraźną korzyść. Trudno przychodzi nam wycofać się z drobnego kłamstwa, dzięki któremu zdobyliśmy pracę, albo ujawnić małą machlojkę, która pozwoliła nam „wyprostować” w przeszłości osobiste finanse. Równie trudne jest przyznanie się do winy tam, gdzie o niewłaściwości naszego postępowania przekonuje nas jedynie rozum, podczas gdy emocje nakazują twardo obstawać na uprzednich pozycjach – w imię „honoru” czy „poczucia własnej wartości”.

Oczywiście każdy z tych, którzy przynajmniej raz na jakiś czas się spowiadają, musi w końcu wzbudzić w sobie żal z powodu własnych przewinień. Rodzi się jednak pytanie: jak wiele spośród nich pozostaje niezauważonych, jak wiele przejawów egoizmu, lenistwa, chciwości czy plotkarstwa zostaje błędnie uznanych za coś, do czego „mieliśmy prawo”, co się nam „należało”, co nie wykraczało poza „właściwie pojętą miłość własną” itd.

Ale chrześcijaństwo w swej najgłębszej istocie jest radykalne i dlatego dąży do (odpowiednio pojętego) zaparcia się samego siebie, do tego, co w literaturze ascetycznej zwane jest wręcz „śmiercią dla świata”. Taką nazwę przybrało sobie jedno z amerykańskich czasopism prawosławnych – „Death to the World”. Jeden z zamieszczonych w nim artykułów, opisujący historię poszczącego pustelnika, zatytułowany był „The Hardest of the Hardcore”. W rzeczy samej, tym jest chrześcijaństwo. Dlatego właśnie analizę kłótni, w których wzięliśmy udział, niepowodzeń, które stały się naszym udziałem, i wszelkich innych wydarzeń, które budzą nasze wątpliwości – powinniśmy zacząć od spojrzenia na własne postępowanie.

Nasza zepsuta natura na ogół skłania nas do zrzucania winy na innych. „Ja chciałem się dogadać, ale on…”, „Gdyby nie jego obsesja na tym punkcie, to wszystko wyglądałoby inaczej…”, „Chcę podkreślić, że do ostatniej chwili szukałem porozumienia…”, „Naprawdę się starałem, zrobiłem wszystko, co w mojej mocy…” – i tak dalej. A zatem naprawdę winni są „oni” lub też „zewnętrzne okoliczności”. Tymczasem przede wszystkim należy spojrzeć na siebie samego. Ba, warto nawet – w ramach pewnego ćwiczenia ducha i intelektu – założyć na początku perspektywę własnej winy, to znaczy zacząć od pytania: „W którym momencie to JA popełniłem błąd?”, „Co mogę zarzucić sobie?”.

Bardzo często tego zadania nie ułatwiają nam zatroskane o nas bliskie osoby. Jakże wielu mężczyzn, którzy rozstali się ze swoimi dziewczynami, narzeczonymi czy (nie daj Boże) małżonkami, słyszy od swoich kolegów przy którymś już piwie: „Nie przejmuj się, stary, to zła kobieta była…”, „Gdyby naprawdę kochała, to by cię nie zostawiła…”. Jak często możemy usłyszeć (od żony, rodziców, przyjaciół): „To nie twoja wina, tylko tej bandy drani…!”. No cóż, na ogół wszyscy oni mówią tak w dobrej wierze – pozostaje zatem traktować ich porady jako równoważące nasze własne przemyślenia, nigdy jednak opinia rozgrzeszających nas bliskich nie powinna przesłaniać nam faktów.

Ocena własnych win (a więc wzięcie odpowiedzialności za kłótnie, niedyskrecje, szyderstwa czy zaniedbania przez nas wywołane) to jedno zagadnienie. Drugim, które także wiąże się z oceną samego siebie oraz z wyzbyciem się pychy, jest kwestia przyjmowanych zobowiązań i znoszonych niedogodności. To problem jeszcze trudniejszy. Wzięcie swoich win na własne barki bywa nieprzyjemne, ale w ostateczności wszyscy zgodzimy się, że nie ma innego wyjścia. Inaczej rzecz się ma ze znoszeniem tego, co jest dla nas przykre i na co sobie nie zasłużyliśmy (przynajmniej nie bezpośrednio). Zgoda na naruszenie własnych „praw”, milczące znoszenie nadużyć i krzywd nam wyrządzanych – to wszystko w oczach świata (nie tylko współczesnego!) jest naiwnością, wręcz „frajerstwem”. Bo przecież, zaznaczmy to wyraźnie, nie chodzi nam o zgodę wynikającą z rachunku zysków i strat („bardziej opłaca mi się odpuścić, niż się kłócić”, „ustąp głupszemu”), o cierpliwość pozorną, przy zaciśniętych zębach i wzburzonych myślach – ale o dobrowolne ukierunkowanie swojego sumienia, przy zachowaniu wewnętrznego spokoju.

W Ewangelii Mateusza Chrystus mówi: A kiedy ktoś chce się z tobą sądzić i zabrać twoją suknię, oddaj mu i płaszcz. Jeśli ktoś przymusza cię do [przejścia] jednej mili, przejdź z nim dwie. Łatwo można uznać te słowa za rozbudowaną metaforę, za umyślne wyolbrzymienie, które należy umieścić w odpowiednim kontekście. Istotnie, kontekst jest niezwykle ważny – jak przy wszystkich niemal biblijnych cytatach. To jednak nie oznacza, że obok tych dwóch zdań można przejść zupełnie obojętnie. Błogosławiony Karol de Foucauld pisze wprost: Pozwólmy się bez sprzeciwu ogołocić, okraść, obedrzeć ze wszystkiego, co mamy, chociaż zgoda na spoliczkowanie i wyrządzanie sobie krzywdy jest szczególnie przeciwna naszej zepsutej naturze i pogańskim ideom tego świata.

To oczywiście niezwykle radykalne zdania. Od tego sposobu myślenia znów odwodzi zarówno nasza próżność, jak i opinie osób, którym na nas zależy. Przyznanie się do grzechu, wzięcie na siebie odpowiedzialności za dokonane zło – czyli to, o czym mowa była w pierwszej części tekstu – to już dużo. Ale zgoda na pewnego rodzaju zło dokonywane na nas? Wyzbycie się – nieodpłatnie, bezinteresownie, bez słowa podziękowania – części wolnego czasu? Poświęcenie się dla kogoś, o kim wiemy, że tak naprawdę nas wykorzystuje? Toż to absurd! Od bliskich nieraz możemy usłyszeć: „Ty sobie żyły wypruwasz, a oni…”, „Daj spokój, jak im nie zależy, to i tobie nie powinno…”, „Jak chce coś od ciebie, to niech płaci…”, „Powinieneś się cenić…”. Ba, może się wręcz wydawać, że tym razem nie jest to już pochopne i źle pojęte podnoszenie na duchu – ale głos zdrowego rozsądku, nawet: głos sprawiedliwości, upominający się o nasze prawa.

A potem zerkamy na pisma Karola de Foucauld i czytamy: Nasz brat jest niesprawiedliwy: pozwólmy mu dopełnić tej niesprawiedliwości, modląc się za niego, pozwólmy się ogołocić, odstąpmy wszystko, nie „sprzeciwiajmy się złu”, ograniczmy się do braterskiego napomnienia, jeśli zechce nas słuchać… I nieco dalej: Zresztą cóż my odstępujemy? Czymże są największe dobra, jeśli nie odrobiną błota? I dopiero wtedy, po głębokim przemyśleniu tych słów, możemy przebić kolejne, bardzo niepozorne i dobrze zakamuflowane, warstwy własnej hipokryzji.

Należy jednak wziąć pod uwagę, że – jak to zwykle bywa przy kolejnych szczeblach formacji duchowej – im większa cnota, im większe wyrzeczenie, tym łatwiej o wypaczenie słusznej idei. Większa część herezji, niekiedy bardzo perwersyjnych, wzięła się z wypaczenia słusznych idei, z rozpatrywania mądrych pouczeń poza kontekstem, z jednostronnego oglądu rzeczywistości. Na przykład warto pamiętać, że naprawdę pełne i dosłowne odczytanie nauk Karola de Foucauld przewidziane jest raczej dla osób, które nie są związane zobowiązaniami wobec innych lub już te zobowiązania wypełniły. Inaczej mówiąc, nie jest dobrym przykładem mąż, który w pierwszej kolejności rozdaje majątek przypadkowo napotkanym ubogim, a zapomina o nakarmieniu rodziny – ani także ojciec, który godzi się, by długie godziny nadprogramowo zabierał mu pracodawca czy natrętny znajomy, gdy tymczasem dzieci pozostawione są samym sobie; ani student, który oblewa własne egzaminy (czym przysparza sobie kłopotów, a rodzicom trosk), bo zbyt wiele czasu poświęcił na bezinteresowną pomoc pozbawionym skrupułów kolegom.

Zdawać by się mogło, że poczynione tutaj zastrzeżenie całkowicie rozbija zaprezentowany wcześniej „radykalizm poświęcenia”. Tak oczywiście nie jest. W rzeczywistości bowiem w życiu każdego z nas – nawet u tych, którzy w swoim mniemaniu „wystarczająco” się już dla innych poświęcają, spełniają swoje obowiązki „z nawiązką” – znajdzie się sporo pustych, zakurzonych kątów, które czekają na to, by je wypełnić żalem, pokutą i zadośćuczynieniem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.