Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Pierre Aubé: „Święty Bernard z Clairvaux” (Przedmowa / Elekcja w Langres i lyońskie pojedynki)

„Święty Bernard z Clairvaux” (Przedmowa / Elekcja w Langres i lyońskie pojedynki)

Pierre Aubé

Przedmowa

Gdyby na ścianie katedry odkryto ślady stóp nosorożca włochatego, to niewątpliwie wkrótce pojawiłoby się jakieś tego faktu wyjaśnienie. Im mniej prawdopodobne, tym jego potrzeba jest silniejsza.

Henri Michaux, Passages, 1950

Minęły już czasy, gdy pisanie biografii uznawano za rzecz niewybaczalną, „wielki człowiek” zaś od razu wydawał się podejrzany. Nie będziemy więc uciekać się do wybiegów, starać się usprawiedliwiać na tę i ową okoliczność. Zwłaszcza że Bernard z Clairvaux już od ośmiu i pół stulecia znakomicie sam broni swojej sprawy. W większym nawet stopniu, niż to się wydaje możliwe, i nie bez dwuznaczności.

Choć stał się przedmiotem badań – studia bernardyńskie nabrały, zwłaszcza w naszym stuleciu, bezprzykładnego rozmachu, mobilizując rzesze interpretatorów, których publikacje wypełniają biblioteki – to jednocześnie ten nietypowy człowiek Kościoła, mistyk i polityk, wydaje się odstraszać od próby syntezy. Do tego stopnia, że w opublikowanej dosłownie wczoraj summie uznano za stosowne zasygnalizować, że „wciąż czeka na swojego biografa”1. Najbardziej kompetentni specjaliści zapytują gdzie indziej, czy jej napisanie jest jeszcze możliwe2. Dość szybko uświadamiamy sobie powody tych wahań oraz narzucające się wątpliwości. Ten mnich, który nikogo nie musiał przekonywać, że jest „chimerą swojego wieku”, objął swym wpływem wszystkie możliwe pola działalności, naznaczył swoją epokę w potężny i unikatowy sposób, narzucił obraz, który następne stulecie pozostawiły bez zmian. Próba ponownego ożywienia giganta wymaga po prostu zanurzenia się w życiu politycznym, religijnym, etycznym, społecznym, gospodarczym, kulturalnym, filozoficznym, artystycznym i mistycznym tego wyjątkowego momentu historycznego nazywanego „renesansem XII wieku”. Epoki, wobec której ducha Bernard często przyjmował postawę – delikatnie mówiąc – niedostosowaną. Zadanie pod każdym względem samobójcze…

W 1895 roku kanonik Elphège Vacandard, kapelan liceum Corneille’a w Rouen i wysokiej klasy historyk, opublikował w dwóch tomach znakomitą biografię, która – jako pierwsza – poddała ten żywot rygorystycznej krytyce tekstualnej oraz ustaliła pewne fakty. Do tej pory nie zniknęła z bibliografii, nie doczekała bowiem następcy, chociaż od kilku dziesięcioleci następuje przyspieszona ewolucja spojrzenia na tę problematykę. W ubiegłym wieku niekwestionowanym mistrzem studiów bernardyńskich był o. Jean Leclerc, autor pomnikowych Dzieł wszystkich oraz zdumiewającej liczby przyczynkarskich, choć jakże niezbędnych studiów. Później pojawiły się oryginalne, lecz ograniczone, jakby uszczuplone samymi rozmiarami zagadnienia, „ujęcia psychohistoryczne”. Inni poświęcili prace, często godne uwagi, roli ojca z Clairvaux w „pierwotnej jedności cysterskiej” lub podkreślali „nieprzenikalność hagiograficznej biografii”. Z aż tylu koniecznych podejść należy zdawać sobie sprawę, by spróbować, wbrew przeciwnościom, a nawet oporom, stworzyć coś, co przypominałoby obraz wyjątkowego człowieka w czasie sprzyjającym niecodziennym wyborom.

Trzeba również od razu wspomnieć, że nigdy nie stawiłbym czoła tej górze, gdyby nie przyjacielska, choć nieustanna presja Denisa Maravala, mojego wydawcy od ponad dwudziestu lat, któremu wobec tego zawdzięczam znane mi tylko dręczące rozterki oraz towarzyszące im radości…

Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że tylko rygorystycznie zastosowane ujęcie chronologiczne może oddać sprawiedliwość geniuszowi tego człowieka, który przez całe życie parał się tak wieloma rzeczami. W ten sposób możemy ujrzeć, jak niepozorny mnich o stalowej woli – co sugerują szczęki zrekonstruowanej niedawno twarzy, którą można oglądać w katedrze w Troyes – zajmuje się sprawami Państwa i sprawami Kościoła, jak dokonuje kolejnych fundacji, wpływa na geopolitykę, pisze arcydzieła, angażuje się w niebezpieczne debaty intelektualne, inicjuje krucjatę, koresponduje ze wszystkimi liczącymi się postaciami Europy i innych części ówczesnego świata, zagłębia się w Bożej miłości, rozstrzyga krwawe nieraz konflikty, wpływa na jednych i zwalcza innych, a wszystko to w tym samym czasie. Pojawił się tylko jeden wyjątek: niekończąca się sprawa sukcesji w archidiecezji Yorku, rozważana dla niej samej, przy czym każdy ma w ręku klucz do jej zrozumienia.

Chociaż musieliśmy ukazać szeroki kontekst, to nie mogło być również mowy o naginaniu historii, choćby stanowiła tylko tło lub ograniczała się do pewnych istotnych wydarzeń, które spotkały mnicha na jego drodze lub które on raczej wyprzedzał, jeżeli nie był ich twórcą. Surowy sam dla siebie, Bernard z Clairvaux zbyt często przebywał poza klasztorem, porzucał monastyczne otium dla jego dokładnego przeciwieństwa, uznawanego za niebezpieczne negotium, choćby było to negotium Christi. Otóż trzeba wiedzieć dlaczego. Źródła – rozmaite żywoty, zredagowane bądź to przez bliskich, bądź to przez bezwarunkowych wielbicieli czy nawet przez kogoś, kto nie znał opisywanej postaci, lecz poruszał się w ramach określonego schematu, niezliczone listy, dzieła literackie, kroniki, statuty… – pomagają nam w uzyskaniu odpowiedzi na to pytanie, pod warunkiem że bada się je z uporem, w tym także ich niedopowiedzenia, przy znajomości ich intencji i ograniczeń. Będziemy je obszernie cytowali. Ten, kto umożliwił mi przechowywanie w domu, na własnym biurku, zasadniczej części korpusu dzieł, wie, ile mu zawdzięczam. Mimo to nie dało się opowiedzieć wszystkiego, a tylko zdezorientować wszystkich poszukujących właściwej ścieżki interpretacyjnej. Podobnie z Bernardem-mistykiem, którego zaakceptowaliśmy takiego, jakim był, gdyż wiemy już od Ludwiga Wittgensteina, że w tym „jest zaiste coś niewyrażalnego”3. Bibliografia arbitralnie szeroka, choć ograniczona do dzieł najważniejszych, zastępuje aparat krytyczny, który nadałby tej książce monstrualne rozmiary bez korzyści dla kogokolwiek. Ma ona wyrażać rozmiar moich intelektualnych zobowiązań, a jednocześnie umożliwiać pogłębienie lub przeorientowanie tych bądź innych kwestii.

Bernard z Clairvaux stał się zapewne moim „nosorożcem włochatym”, zagadnieniem nierealistycznym i wymagającym. Ostatecznie nie sądzę, bym jakoś szczególnie źle potraktował tego człowieka, kluczowego dla epoki, której już nie rozumiemy. Osobę wszechstronną, wymykającą się wszelkim klasyfikacjom, często denerwującą, czasami niemożliwą do zaakceptowania nawet dla swoich admiratorów, a jednak emanującą aurą, która nie pozwala o niej zapomnieć, mimo tego wszystkiego, co wydaje się nam – nam, którzy dysponujemy o tyle szerszą wiedzą – czymś zwodniczym.

W krótkim i długo niepublikowanym przypisie, przelanym na papier przy okazji wystąpienia Ratio fecit diversum: San Bernardo e le arti, wygłoszonego na wiosnę 1991 roku w rzymskiej Accademia Nazionale dei Lincei, Georges Duby, tak podatny na aurę ojca z Clairvaux, pozwolił sobie na drobny szkic: „Płomienna wola mocy ożywiała Bernarda, podobnie jak wszystkich jego przyjaciół i towarzyszy. Należał do ludzi budzących lęk, przekonanych o posiadaniu prawdy, którzy – przełamując każdą przeszkodę zgodnie z zasadą, że cel uświęca środki – chcą zmusić współczesnych do życia zgodnie z modelem przez siebie wykutym”4. Wiemy, że Charles de Gaulle, przebywając u schyłku swego życia w La Boisserie, rzut kamieniem od Clairvaux, zapytał sam siebie w obecności André Malraux: „Święty Bernard był zapewne kolosem; ale czy był człowiekiem szlachetnego serca?”. Próżno szukać na tych stronicach odpowiedzi na podobne pytanie. Może jednak odnajdzie tu Czytelnik to, czego potrzeba do uchwycenia niezliczonych odsłon tego bardzo osobliwego geniuszu, z którym, jak zauważył wybitny specjalista Marcel Pacaut, „zapewne nie zawsze było łatwo żyć w tej samej epoce”.

Tigy, 20 sierpnia 2003 roku

Pierre Aubé, Św. Bernard z Clairvaux

Elekcja w Langres i lyońskie pojedynki

1138–1139

Działalność Bernarda poza klasztorem – nie było go w opactwie przez prawie trzydzieści miesięcy – nie miała chyba wielkich konsekwencji dla tempa kolejnych fundacji, jeżeli zdamy sobie sprawię, że – poza Noirlac – nowe klasztory wchodzące wówczas w kręg Clairvaux czyniły to na mocy nieraz bardzo dawno zawartych uzgodnień.

W roku 1137 pojawiły się dwa nowe klasztory, w tym jeden – co nie może dziwić – w Italii. Założono go 3 maja niedaleko Borgo San Donnino, w Emilii, co było owocem poprzedniej tam wizyty Bernarda. Komuna Piacenzy, jej biskup Arduin, Oberto Pallavicino oraz kilku innych wielkich feudałów hojnie obdarowało Chiaravalle della Colomba, jak nazwano miejsce na cześć „matki”, odróżniając je jednocześnie od mediolańskiej siostry. We Francji powstało Auberive, założone 4 lutego w diecezji Langres, w oddalonym i zalesionym miejscu nad brzegiem rzeki Suippe, niedaleko od drogi Reims–Verdun. Grupa prosperujących tam dość kiepsko kanoników regularnych połączyła się z innymi kanonikami z Val-Serreux. Poza tym Bernard był w tym miejscu poniekąd u siebie…

W roku następnym, 29 września, ufundowano Bénissons-Dieu na północ od Roanne, nad brzegiem Teyssonne. Cieszące się wsparciem lokalnej arystokracji, hrabiów Forez i samego króla Francji, nowe opactwo miało obrać na pierwszego swojego opata jednego z ulubionych uczniów Bernarda z Clairvaux, Alberyka. Jego początki były jednak trudne. Już w kolejnym roku Bernard pisał do nowego arcybiskupa Lyonu, Fulka z Bothéon, by położył kres szykanom, jakim podlegający mnichom kluniackim z Savigny klasztor w Noailly poddaje braci, którzy są „ubodzy i to ubodzy pośród ubogich”. Opat Clairvaux nie wahał się sięgnąć po szantaż: „Kocham [opata Aubry’ego] jak matkę czy jedynego syna. Ten, kto kocha, udowadnia swoją miłość. To, w jaki sposób go traktujecie, odczuwam, jakbyście mnie samego tak traktowali”. Kłótnia sąsiedzka zapewne, czy też spór o pastwiska, jakie arcybiskup podzielił chyba ku zadowoleniu wszystkich, nawet jeżeli ten incydent był tylko dość marginalnym objawem dość poważnego i skądinąd skomplikowanego konfliktu.

W zachodniej Flandrii, między Furnes a Nieuport, powstało 31 maja opactwo Dunes. Była to swego rodzaju „legalizacja”, gdyż chodziło o przywrócenie na właściwą ścieżkę małej wspólnoty, która trzydzieści lat wcześniej zgromadziła się wokół francuskiego pustelnika imieniem Léger. Po jego śmierci inny francuski mnich, Fulkon z Fontmorigny, zmienił lokalizację, zbliżył się do morza w miejscu należącym do hrabiego Flandrii, Teodoryka z Alzacji. W lutym 1138 roku, podczas pobytu Bernarda we Włoszech, Fulko spotkał w Ypres dwóch mnichów z Cîteaux, z których jeden był bratem opata Clairvaux. Natychmiast wyraził życzenie, by żyć zgodnie z Regułą „Nowego Klasztoru”. Pierwszym opatem został, z woli Bernarda, spotkany podczas podróży do Flandrii Robert z Brugii, znany ze swojej wielkiej charyzmy duchowej. Opat Dunes był wspaniałym przykładem dostosowania duchowości Clairvaux do warunków lokalnych. Trzeba tam było walczyć z morzem, pokonać „bagna”, wyrwać „tę ziemię bez mała pełnemu morzu”. Nadzwyczajnym wyczynem było zbudowanie pierwszych polderów. Opactwo Dunes miało zaznać bujnego rozwoju intelektualnego, artystycznego i gospodarczego, o którym tylko w niewielkim stopniu świadczą pozostałe do dziś wciąż imponujące ruiny…

W dolinie wyrzeźbionej przez zakręt rzeki Sarine, kilka mil na wschód od jeziora Neuchâtel, u stóp stromego masywu, na którego szczycie rosły sosny, ulokowało się Hauterive. Miejsce otoczone było ponurą sławą. To właśnie tu w roku 1127 zamordowany został hrabia Wilhelm z Burgundii wraz z towarzyszącymi mu baronami. Trzy lata później jeden z ocalałych, Wilhelm z Glâne, podarował teren biskupowi Lozanny Gwidonowi z Maligny w zamian za założenie tam klasztoru. Clairavux nie było tutaj na pierwszej linii, ale przyłożyło rękę do jego powstania.

Mnisi cysterscy osiedlający się wówczas w Vaud pochodzili z opactwa Cherlieu, założonego poza Jurą siedem lat wcześniej. Zostali wysłani przez swojego opata Gwidona, dawniej mnicha w Clairvaux, ucznia Bernarda, o którego roli w rozwoju śpiewu cysterskiego już mówiliśmy. Pięć lat później również on działał na rzecz afiliacji opactwa Hautcrêts, także położonego w Szwajcarii romańskiej, a założonego w 1134 roku przez biskupa Gwidona z Lozanny. Hauterive było pisane odegrać wielką rolę. Kiedy Bertold IV z Zähringen postanowił założyć Fryburg w 1157 roku5, liczył na doświadczenie mnichów cysterskich, którzy mieli nadać nowemu miastu impuls rozwojowy. Zwolnił je także ze wszystkich podatków na terenie swoich lenn.

Tak właśnie miały się sprawy pod nieobecność Bernarda. Zaraz po powrocie musiał zderzyć się z ludźmi, świeckimi i duchownymi, oraz ich „nędznym workiem tajemnic”.

Zamęt spowodowany przez elekcję biskupią w Langres był pierwszą rzeczą, która chwyciła go za gardło, jej przedsmak zaś dotarł do niego jeszcze przed opuszczeniem Italii. Była to „afera”, która kilka razy dawała o sobie znać, powodując wiele zamieszania w kancelariach…

Jak pamiętamy, stryj Bernarda, Wilan z Aigremont, od 1125 roku biskup Langres, nie zawsze pozostawał w najlepszych stosunkach z opatem Clairvaux. Dopiero wspólny interes – Clairvaux leży w diecezji Langres – skłonił ich do pokojowej koegzystencji. Po śmierci Wilana na początku sierpnia 1136 roku pojawił się problem sukcesji po nim.

Elekcje biskupów stawały się areną najbardziej zaciętych walk, jakie Kościół prowadził od stulecia. Podaliśmy już kilka głośnych przykładów. Reforma gregoriańska zakładała nie tylko potępienie świeckiej inwestytury, lecz także całkowitą swobodę wyboru. Starcie z Cesarstwem ukazało, że w kwestii wyboru biskupów tak naprawdę nic nie było możliwe do wynegocjowania. W najgorętszych momentach sporu taki Gotfryd z Vendôme sugerował nawet, że inwestytura jest „sakramentem”, którego nie wolno „pozostawiać psom”. Były to dość świeże wspomnienia…

Podstawowe zasady wydawały się uzgodnione, ale trzeba było poczekać na Dekrety Gracjana oraz rozwiązania wdrożone przez papieża Aleksandra III i trzeci sobór laterański, by obudować je ścisłymi interpretacjami. We Francji, gdzie „spór” nigdy nie osiągnął takiej siły, trzymano się niepisanej praktyki, na którą wszyscy się zgadzali. Wszystko opierało się więc na zasadzie wyboru „przez kler i lud”. W praktyce „głos obywateli wyrażony publicznie”, o którym wspominał jeszcze Rufus w swojej Summie, nie był już praktykowany.

W coraz bardziej świadomym swojej potęgi Kościele starano się maksymalizować znaczenie „aparatu”, nieufnie traktowano świeckich, zwłaszcza gdy w grę wchodziło dopuszczenie do władzy. Kapituły katedralne działały więc samodzielnie. Pojawił się wówczas – i na długo – problem statusu biskupa wybranego – electus (ale nie wyświęconego – episcopus), któremu nie wolno zarządzać swoją diecezją przed udzieleniem mu inwestytury przez seniora. Ten stan mógł się wydłużać, zwłoka zaś mogła być motywowana politycznie i wynikać z woli biskupa konsekrującego, najczęściej metropolity: antagonizmy zrodzone ze schizmy pozostawiły trwałe piętno…

Problem sukcesji budził tym więcej sprzecznych emocji, że biskup Langres był jednocześnie jednym z najważniejszych baronów Królestwa Francji, mającym w trakcie sakry królewskiej pierwszeństwo przed swoim metropolitą, arcybiskupem Lyonu. Stał na czele ogromnych dóbr – w ciągu mniej niż dwóch stuleci Kościół położył rękę na trzech czwartych samego miasta i znacznie powiększył stan posiadania na tym istotnym już od czasów galijskich skrzyżowaniu dróg handlowych… – będąc na niektórych z nich seniorem księcia Burgundii. Pod koniec XI wieku problem rozwiązano, przyznając ten tron Robertowi z Burgundii, prawnukowi króla Francji Roberta Pobożnego…

Stawka była ogromna, kanonicy się wahali. Niezwykle żywe były osobiste ambicje. Byli oni wówczas do tego stopnia podzieleni, że tron biskupi pozostawał nieobsadzony aż do początku roku 1138.

Kapituła zwróciła się zatem do legata papieskiego we Francji. Piotr I był mnichem, zapewne kluniackim, i biskupem Viviers. W 1131 roku został arcybiskupem Lyonu, a więc jednocześnie zwierzchnikiem metropolitalnym Langres. W tamtym czasie legaci nie byli już – jak dawniej w przypadku Gerarda z Angoulême czy wciąż trwającej legacji Gotfryda z Lèves – wyposażeni w pełnię władzy. Funkcja ta miała wręcz tendencję do stawania się „honorową” nagrodą za oddane usługi. Świadomy wagi sprawy legat zadecydował natychmiast udać się do Rzymu, by przedstawić wybór osądowi kurii. Wśród innych osobistości towarzyszył mu także dziekan kapituły w Langres Robert, co do którego istnieje duże prawdopodobieństwo, że był synem księcia Hugona II z Burgundii. Tak przynajmniej twierdzi opat Cluny Piotr Czcigodny w liście polecającym, w który wyposażył dziekana i samego arcybiskupa.

W Rzymie legat miał zamiar poprosić Innocentego II lub kanclerza, kardynała Emeryka, o pozwolenie na elekcję. To właśnie wtedy spotkali – w nieznanych okolicznościach – wciąż przebywającego w Rzymie i obserwującego ostatnie paroksyzmy schizmatyczne opata Clairvaux. Czy to spotkanie było przypadkowe? Możemy sobie zadawać to pytanie. Bernard chyba nie znał osobiście Piotra I z Lyonu. Pisał do niego jednak w 1136 roku, wstawiając się za Hugonem z Ainay, którego arcybiskup zdjął ze stanowiska, zresztą nie bez poważnych ku temu przesłanek. Opat Clairvaux wiedział o tym, lecz uznawał procedurę za zbyt pospieszną. Udzielił legatowi wykładu z dziedziny prawa, który podsumował w następujący sposób: „Nie ma przeszkód, by odwoływać się także w straconej sprawie”.

Niemniej jego rzymska interwencja w kwestii i jego dotyczącej nie mogła być przypadkowa. Bernard dał do zrozumienia legatowi i wysłannikom kapituły w Langres, że chciałby, by w elekcji mogli również wyrazić swą opinię viri religiosi diecezji. Miał oczywiście na myśli zakonników regularnych, w tym siebie samego, z czym zgadzał się także Innocenty II. Można sądzić, że dwa nazwiska były wówczas w obiegu. Z sukcesją trzeba jednak było poczekać na powrót opata Clairvaux…

Możemy sobie wyobrazić zdumienie Bernarda, gdy – w drodze do Francji, po przejściu Alp – dowiedział się z ust zakonników, że dokonano już elekcji, która wyłoniła mnicha z Cluny Wilhelma z Sabran, o reputacji, jak się zdaje, niezupełnie krystalicznej. Oburzony, napisał do papieża list, w którym potępiał ten przedwczesny wybór i lekkomyślność arcybiskupa Lyonu. Następnie, ponieważ znowu złożyła go choroba, zboczył z drogi, by udać się do Lyonu, gdzie znalazł sojuszników. Kapituła była w stanie wrzenia. Nikt nie aprobował decyzji legata. Wśród nich dziekan kapituły Fulko oraz jej skarbnik, Gwidon. Bernard poczynił arcybiskupowi gorzkie wyrzuty za złamanie danego słowa. Piotr I z Lyonu zasłonił się wolą jednego z synów księcia Hugona II Burgundzkiego, Henryka, który chciał nominacji Wilhelma z Sabran, pochodzącego z wielkiego rodu prowansalskiego i będącego jego protegowanym. Legat chyba obiecał opatowi Clairvaux powtórzenie całej procedury.

Wtedy na dodatek okazało się, że obrany w połowie sierpnia biskupem Wilhelm z Sabran otrzymał regalia od króla Francji, który po konnej podróży do środkowej części swojego królestwa 25 marca ulokował dwór w Puy, gdzie odbierał hołdy miejscowej szlachty i nic nie wiedział o wiszącym w powietrzu skandalu. Była to naturalna procedura. Każdy nowo obrany otrzymywał terytorium swojego episcopatus od suwerena, wszystkie strony zaś wiedziały, jaka była natura jego władzy…

Królem nie był już wtedy Ludwik VI, lecz od niespełna roku jego syn, który po tragicznej śmierci starszego brata (o jej okolicznościach już pisaliśmy) został współmonarchą. Na początku 1137 roku stary król czuł, że jego koniec się zbliża. Mimo niedawnych sukcesów i spektakularnego odwrócenia sojuszy niektóre kluczowe z punktu widzenia przyszłości królestwa kwestie pozostawały w zawieszeniu.

Jedną z najbardziej nabrzmiałych był mariaż „młodego króla”, władcy wykształconego, o którym wszędzie powtarzano, że „wygląda jak mnich”. Pod koniec maja 1137 roku na zamku w Béthisy, niedaleko Senlis, gdzie rezydował stary król, pojawiło się poselstwo od księcia Wilhelma X Akwitańskiego. Pamiętamy, do jakich to skrajnych środków musiał się posunąć Bernard z Clairvaux, by wymóc na nim posłuszeństwo wobec Innocentego II. Książę Akwitanii zmarł w Santiago de Compostela w Wielki Piątek, 9 kwietnia. Opuścił ten świat „pobożnie”, jeżeli wierzyć relacji Orderyka Witalisa, „przed ołtarzem świętego apostoła”. Pozostawił dwie córki stanu wolnego, na łożu śmierci zaś wyraził jasne życzenie co do sukcesji. Jak odnotował Suger: „Postanowił powierzyć swą córkę, bardzo szlachetną panienkę imieniem Eleonora, w opiekę królowi Francji, wraz ze wszystkimi należącymi do niej ziemiami”.

W tej propozycji nie było nic dziwnego. Każdy senior miał obowiązek wspierać wasala, którego ziemie pozostały bez władzy. Wilhelm X, za radą przywiązanego do Kapetynga i pragnącego wzmocnienia władzy królewskiej kleru, nie zachował się lekkomyślnie. Choć nie ma żadnych dowodów na to, że w tej sprawie toczyły się jakieś wcześniejsze rozmowy, to nic nie świadczy również przeciwko tej tezie. W każdym razie trzeba było działać szybko: Ludwik VI był ciężko chory i należało zdusić w zarodku wszelkie zarodki buntu baronów akwitańskich. Szesnastoletniemu wówczas młodemu królowi, którego miał już więcej nie zobaczyć, towarzyszyła eskorta pięciuset rycerzy dowodzonych przez seneszala Raula z Vermandois, jego jednookiego kuzyna oraz hrabiego palatyna Tybalda IV z Blois-Szampanii. Ten ostatni był sprzymierzeńcem świeżej daty: w zbliżających się ceremoniach miał odgrywać rolę ojca, co było ogromnym przywilejem. Wojskom towarzyszył również Suger, a także legat Gotfryd z Chartres, hrabiowie Wilhelm z Nevers i Rotrou z Perche.

Od ponad stu lat żaden król Francji nie postawił stopy w Akwitanii. Rozkazy Ludwika VI były ścisłe:

Autorytetem swojej władzy królewskiej zakazał im wszelkich rabunków na terenie całego księstwa Akwitanii, zarówno przywłaszczania sobie ziemi, jak i niewolenia jej mieszkańców, a także czynienia sobie wrogów z tych, którzy byli ich przyjaciółmi.

Na początku lipca wojska zostały przyjęte w Limoges przez hrabiego Tuluzy Alfonsa Jordana, arcybiskupa Tours Hugona II z La Ferté (którego elekcję kilka lat wcześniej popierał wobec Innocentego II Bernard z Clairvaux), wybranego przed rokiem arcybiskupa Bourges Alberyka z Reims oraz opata Cluny Piotra Czcigodnego. Piętnaście dni później rozbito obóz nad brzegami Garony. Ślub odbył się 25 lipca w katedrze św. Andrzeja. Uczestniczył w nim arcybiskup Gotfryd III z Louroux i jego sufragani, baronowie Gaskonii, Saintonge i Poitou. W zwołanym następnie zgromadzeniu współmonarcha wobec legata Gotfryda z Chartres potwierdził w imieniu swego ojca wszelkie przywileje i swobody Kościoła prowincji Bordeaux.

Trzeba się było spieszyć. Ludwik i Eleonora zjawili się w Poitiers 8 sierpnia, gdzie nałożyli diademy książęce. W wyniku tej unii Kapetyng poszerzył swą władzę aż do Pirenejów, obejmując księstwo, „którego nie posiadał żaden z jego przodków”. Nie była to jednak jego władza osobista, gdyż sprawował ją jedynie jako zwierzchnik swojej żony. Ziemia miała ponadto zachować odrębność i osobne instytucje. Eleonora wniosła na dwór francuski trochę atmosfery południa, wraz z jego mentalnością i tradycjami kulturalnymi.

Kiedy wśród obezwładniającego upału młodzi małżonkowie wkraczali do Paryża, Ludwik VI już nie żył. Zachorował w lesie Yvelines i pobożnie umarł 1 sierpnia, na dywanie wyłożonym u progu swojego pałacu na wyspie Cité, „po trzydziestu latach rządów i prawie sześćdziesięciu latach życia”. Jego ciało natychmiast pochowano w opactwie Saint-Denis.

W ciągu mniej niż trzech lat odeszło całe pokolenie władców. Henryk I Beauclerc, Lotar III, Ludwik VI… W liście do hrabiego Amadeusza III Sabaudzkiego, brata królowej Adelajdy, Piotr Czcigodny miał wkrótce napisać: „Modlę się, by grzechy jego ojców nie spadły na to niewinne dziecko, by dawne błędy królowej i królewskich dworzan nie zaszkodziły nowemu królowi”.

Można ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, że nieufny i mający zawsze baczenie na nominacje biskupie – przy jednoczesnym respektowaniu praw Kościoła – Ludwik VI nie zachowałby się w sposób tak lekkomyślny. Jego syn, Ludwik VII, nie miał jeszcze siedemnastu lat i wiedziano, że ulega wpływom. Krążyła plotka, że w sprawie interweniował wracający z podróży do Poitou opat Cluny Piotr Czcigodny, który przyspieszył uznanie jednego ze swoich mnichów, Wilhelma z Sabran, na tronie biskupim w Langres. Co więcej – łamiąc obietnicę złożoną papieżowi i całkiem niedawne zapewnienia wobec Bernarda z Clairvaux, jak również ignorując zawieszenie sprawy wynikające ze złożonej do Rzymu apelacji, do której dołączyli także Falkon, archidiakon Lyonu oraz kilku kanoników z Langres – arcybiskup Lyonu Piotr I dokonał wraz ze swoimi sufraganami, biskupami Josserandem z Mâcon i Stefanem z Autun, wyświęcenia Wilhelma z Sabran, który potrafił zręcznie zacierać ślady.

Czy opata Clairvaux nabito w butelkę? Ze swojego łoża boleści słał oburzone listy do papieża, choć „po wielu cierpieniach zniesionych w służbie Kościołowi rzymskiemu, […] jego ciało było złamane zmęczeniem, a on sam niczym robotnik pozbawiony już sił, ale szczęśliwy, że może swojemu klasztorowi nieść ziarno pokoju”, pragnął już tylko odpoczynku.

Zostaliśmy do tego stopnia zaskoczeni, że gdy dowiedziałem się o dacie sakry, mój posłaniec miał ledwie cztery dni, by w wielkim pośpiechu zanieść do Lyonu list, który napisałem, by zapobiec temu, co nie miało być żadnym sakramentem, tylko świętokradztwem. Dotarł jednak na czas, złożył protest i odwołał się do Stolicy Apostolskiej zarówno przeciwko temu, który miał być wyświęcony, jak i przeciwko konsekratorom. […] Prawdę powiadam i nie kłamię. Nic z tego, co Wam mówię, nie jest dyktowane nienawiścią przeciwko komukolwiek, lecz jedynie przez umiłowanie prawdy, która sama o sobie świadczy.

Jednocześnie napisał do dziekana kapituły w Lyonie, Fulka, i jej skarbnika, Gwidona, pełen goryczy list, w którym roiło się od oskarżeń:

Jak wiecie, naszemu Kościołowi została zadana głęboka rana, której zabliźnienie wymaga licznych, natychmiastowych i wytrwałych starań. […] Nasz ból powiększa dodatkowo – niwecząc niemalże wszelką nadzieję na uzdrowienie – fakt, że krzywda ta została nam zadana z ręki, od której mogliśmy oczekiwać tylko pociechy. Kto wymierzył ci cios, po którym płaczesz? Wróg ścigający cię swoją nienawiścią? Nie. Człowiek, który miał z tobą stanowić jedną duszę, być twoim przewodnikiem i twoim metropolitą. […] O Kościele lyoński, matko naszego Kościoła, nie dałeś [Langres] małżonka, lecz potwora. Wybrałeś dla nas nie matkę, lecz macochę. Jakiegoż to zepsutego zięcia masz! I w jaki sposób dokonały się te zaślubiny! Nielegalnie, bez rozkazu, bez przyczyny. Działano podstępem i z zuchwałością, mniej starań włożono w wybór biskupa, niż należałoby nawet przy wyborze nadzorcy fermy albo preceptora.

Oskarżenia były morderczo precyzyjne. W liście do biskupów, kardynałów i kurii rzymskiej Bernard wołał: „Bogowie tej ziemi, arcybiskup Lyonu i opat Cluny, zamachnęli się. Pewni swej potęgi, dufni w swoje bogactwa, zamachnęli się na mnie, ale nie tylko na mnie, lecz na sługi Boże, na Was samych, na siebie samych, na Boga, sprawiedliwość i honor”. Zwracając się do Innocentego II, był jeszcze bardziej kategoryczny: „[Odpowiedzialni] są [arcybiskup] Lyonu i [biskupi] Autun oraz Mâcon, przyjaciele Cluny – amici Cluniacenses”.

Gwałtowność tonu miała służyć sprawie najważniejszej z punktu widzenia Bernarda: walce o rozstrzygający wpływ kleru regularnego na elekcję biskupów. Bernard uważał ją za tym pilniejszą, że on sam, wbrew wielu innym, zawsze był zdecydowanym przeciwnikiem wyjątków, rzecznikiem podporządkowania zwykłej procedurze. Pisaliśmy już o tym. Ta surowość nie oszczędzała nikogo. Ani legata, ani kapituły lyońskiej, której tylko kilku członków sprzeciwiało się Piotrowi I, ani tym bardziej opata Cluny Piotra Czcigodnego. Gniew Bernarda owocował różnymi aluzjami: „Droga odwoławcza otwarta jest dla wszystkich uciskanych, zamknięta zaś wyłącznie dla mnie. Prawa i przepisy kanoniczne milczą tam, gdzie rządzi złoto, gdzie sędzią jest pieniądz”… Urażony w swoich uczuciach, lecz również w miłości własnej, opat Clairvaux sprawiał wrażenie zagubionego.

Przerażony podobnymi skrajnościami Piotr Czcigodny napisał do Bernarda list z wyjaśnieniami, w którym przybliżał też postać Wilhelma z Sabran:

Rozumiem, że podobne plotki wzbudziły w Was lęk, ale nie trzeba było zapominać, że mogły być tyleż prawdziwe, co fałszywe. Pamiętajcie, że [mnich], którego wytarzano w błocie, jest synem opata, którego miłujecie. […] Wezwałem go i przemówiłem do niego jak ojciec. Prosiłem, zaklinałem go, by nie ukrywał prawdy. Otworzył przede mną swoje serce, zapewniając, że odpowie mi tak, jakby odpowiadał Bogu. Nie jest winien żadnej przypisywanej mu zbrodni. To pobożny, mądry i wykształcony duchowny.

Można by toczyć nieskończone debaty na temat naiwności Piotra Czcigodnego i jego naturalnej skłonności, by doszukiwać się u innych szlachetności. Jednocześnie opat Cluny poruszył też inną strunę:

Powiem wszystko, co myślę. Dlaczego cystersi mieliby się obawiać mnicha kluniackiego? Dlaczego mnisi mieliby nie ufać innemu mnichowi? Spójrzcie na zwierzęta. Te należące do jednego gatunku są posłuszne naturalnemu instynktowi, lubią się i są do siebie podobne. Czyż Stwórca wszystkich rzeczy nie uczyniłby tak samo z ludźmi, w tym zwłaszcza z mnichami? Możecie być pewni, że biskup Langres będzie miłował cystersów i wszystkich mnichów. Będzie ich miłował we własnym interesie, ponieważ nie śmiałby nie miłować tych, których my miłujemy.

Ograniczając całą sprawę do starcia ludzi czy zakonów, opat Cluny omijał to, co było najważniejsze dla opata Clairvaux: pogardę arcybiskupa Lyonu względem Stolicy Apostolskiej i złamanie prawa. I kwestię jeszcze bardziej zasadniczą z punktu widzenia Bernarda: działanie na rzecz uznania kluczowej roli zakonników – jako sanior pars – wszystkich elekcji biskupich. Nie tylko uznawał absolutną władzę papieża, lecz także obawiał się „sekularyzacji” Kościoła, któremu nie przypisywał zdecydowanie politycznej roli w przyszłości. Marzył mu się Kościół będący obrazem niebiańskiego Jeruzalem, a w nim to klasztor był centralnym ośrodkiem reformatorskim. Piotr Czcigodny, który zlekceważył to płomienne zobowiązanie, zwyczajnie pobłądził.

Ponieważ trudno było sobie wyobrazić atak na Piotra Czcigodnego, którego prestiż był ogromny, Bernard z Clairvaux godził przede wszystkim w Piotra I z Lyonu. W liście do Innocentego II wyrażał żal, że nie może mu powiedzieć bezpośrednio tego, czego nie da się powierzyć papierowi:

Chciałbym zdać Wam szczegółowy raport z tych pożałowania godnych wydarzeń, ale smutek paraliżuje mi dłoń, moje zmysły omdlewają, język mi się plącze, by opisać cały ten podstęp, całe zło, wszystkie oszustwa i całą perfidię, których zaznałem. Wasz syn Pons, archidiakon Langres, który wykazał się nieustającą wiernością w tej sprawie, opowie Wam, Ojcze, o wszystkim, co nas zasmuca, i o tym, czego domagamy się, by natychmiast zostało zrobione – et quid faciendum flagitemus.

Rzym, zgodnie ze swoim zwyczajem, przystąpił do szybkiego rozwiązania sprawy. Kościół w Ziemi Świętej bardzo źle wówczas znosił rozmaite zmiany kursu politycznego przez patriarchę Antiochii Raula z Domfront. Niedawno i niezbyt łaskawie goszczono go w Wiecznym Mieście. Obnosił się z przyjaźnią króla Rogera II Sycylijskiego, i to na sycylijskiej galerze wrócili na Wschód „on i jego ludzie”. Nadarzyła się zatem okazja, by wysłać arcybiskupa Lyonu w siną dal. Innocenty II mianował go legatem w Ziemi Świętej, dokąd ten bezzwłocznie wyruszył. Postrzegano go tam jako „mądrego, świątobliwego i posuniętego w latach”. Przed udaniem się do Antiochii odbył pielgrzymkę do Jerozolimy, gdzie „usłyszał o zadaniu, dla którego go przysłano”. Starzec zachorował jednak w Akce i nigdy miał nie ujrzeć księstwa. Zmarł 28 maja 1139 roku. Krążyły plotki, że został otruty…

Nigdy już nie dowiemy się, jaką rolę w tym wygnaniu odegrał opat Clairvaux ani jakich wskazówek udzielił Ponsowi z Langres. Nacisk, jaki położył u końca listu na konieczność radykalnego rozwiązania, sugeruje, że decyzja otwierająca drogę do nowej elekcji nie została wypracowana poza nim.

Elekcja ta nastąpiła niebawem. W kolejnym liście do Innocentego II Bernard dyktował jej szczegóły:

Uważam, że należy powierzyć obowiązek wyboru miłego Bogu kandydata ludziom poza podejrzeniami, którzy nie szukaliby własnego interesu, ale działaliby w interesie Jezusa Chrystusa, by nieszczęście [Kościoła Langres] dobiegło wreszcie końca. […] Nakazaliśmy opatowi od św. Szczepana w Dijon Herbertowi, archidiakonowi Langres Ponsowi i ich towarzyszom, by donieśli Wam o naszej decyzji. Kończąc, proszę, byście wzięli pod Waszą opiekę owego archidiakona Langres, jak również Bonami, księdza tego samego Kościoła, ponieważ obydwaj pozostali wierni sprawie Boga, każdy zaś wysiłek zasługuje na nagrodę.

Jeżeli wierzyć Wilhelmowi z Saint-Thierry, elektorzy chcieli sobie najpierw oszczędzić trudu, wybierając po prostu samego Bernarda, który „uciekając przed zaszczytami”, się uchylił. Trzeba było zatem przystąpić do trzeciej elekcji. Być może z lęku, że pominięcie cystersów wywoła kolejną burzę, stanęło na Gotfrydzie z La Roche-Vanneau, kuzynie Bernarda i przeorze Clairvaux. Choć zasady zostały zachowane – i to jak! – nie ulega wątpliwości, że pozbawiony przeora Bernard poczuł się jak bez ręki. Od dziesięciu lat Gotfryd de facto zarządzał opactwem pozbawionym opata przez co najmniej jedną trzecią tego czasu. To on wyznaczał strategiczne kierunki, sprawował codzienny zarząd nad klasztorem w sposób bardzo kompetentny, nakierował Clairvaux na drogę nieustannego rozwoju. Gotfryd z Péronne, ów „złowiony” przez Bernarda dziewięć lat wcześniej we Flandrii skarbnik Kościoła w Saint-Quentin, miał go zastąpić…

Trzeba było jeszcze zdobyć królewską inwestyturę dla nowo wybranego biskupa. Zakłopotany Ludwik VII na pewno z podejrzliwością patrzył na anulowanie elekcji Wilhelma z Sabran, protegowanego księcia Burgundii, któremu tak niedawno udzielił inwestytury na Langres zgodnie ze wszystkimi przewidzianymi formami. Można sądzić, że wybór Gotfryda z La Roche-Vanneau go ucieszył, ale zwlekał z przyznaniem mu regaliów.

Zwłoka była tym bardziej niepokojąca, że w sytuacji wakatu na tronie biskupim to król kontrolował zarząd sprawami doczesnymi, których zakres – jak wiemy – był niewąski. Na początku 1139 roku Bernard z Clairvaux wysłał królowi list napisany w tonie zgoła nieoczekiwanym:

Kiedy cały świat sprzysiągł się, by skłaniać mnie do szeptania przeciwko autorytetowi królewskiemu, ja za bardzo boję się Boga, by lekkomyślnie obrażać monarchę, którego on sam ustanowił. Wiem, czytałem, że ten, kto sprzeciwia się władzy, sprzeciwia się rozkazom samego Boga. Ale wiem również, że kłamstwo szkodzi każdemu chrześcijaninowi, w tym zwłaszcza zakonnikowi. Powiem Wam więc całą prawdę także o tym, co stało się w Langres, o tym, co się tyczy naszego przeora, o tym, co się dokonało wbrew nadziei i zamiarom biskupów, jak również mojemu własnemu pragnieniu. […] Jak miałbym się nie lękać o tego, którego kocham jak siebie samego, jak mógłbym nie widzieć przed nim niebezpieczeństwa, które widzę przed sobą? Co się stało, to się nie odstanie. Nic Was to nie będzie kosztowało, a mnie bardzo wiele. Odebrano mi podporę mojej słabości, światło moich oczu, moje prawe ramię zostało odcięte.

[…] Niech łaskawość Boga oddali od Waszego serca i Waszych myśli zamiar dorzucenia nam jeszcze jednej zgryzoty i spotęgowania naszego smutku. Wolę umrzeć, niż widzieć już znamienitego, a jeszcze bardziej obiecującego króla, jak się sprzeciwia planowi Bożemu i ściąga na siebie gniew najwyższego Sędziego. [… Langres] jest Waszą ziemią i ze smutkiem widzimy, jak hańbi się tam Wasze panowanie. Słuszne jest Wasze rozgoryczenie na myśl, że nie ma komu jej bronić. […] Elekcja przebiegła zgodnie z prawem, wybrany jest zaś człowiekiem lojalnym. Nie byłby nim, gdyby zechciał objąć swoje funkcje inaczej niż za Waszym pośrednictwem. Otóż on jeszcze nie wyciągnął ręki po te ziemie. Nie wszedł do Waszego miasta [Langres]. W żaden sposób nie wmieszał się w zarządzanie diecezją, mimo gorącego pragnienia kleru i ludu, które go tam wołają, mimo zgryzoty prześladowanych i życzeń ludzi dobrej woli. Sami widzicie, jak ważną rzeczą w tej sytuacji jest to, byście nie zwlekali dłużej ze swoją decyzją. Jeżeli nie udzielicie przez posłańców, którzy do Was zostali skierowani, odpowiedzi zgodnej z wolą Waszego ludu, nastawicie niepotrzebnie przeciwko Sobie wielu pobożnych ludzi, którzy dziś są Wam oddani, ale którzy – jak się obawiamy – mogliby wejść Wam nielicho w szkodę, jeżeli chodzi o prawo regaliów, które sprawujecie nad tym Kościołem.

Inwestytura Gotfryda z La Roche-Vanneau nastąpiła po kilku miesiącach. Opat Clairvaux wciąż żywo interesował się poczynaniami byłego przeora, który został jego biskupem. W kwietniu 1140 roku przebywał w Langres, gdzie koasygnował wystawiony przez Gotfryda akt. Podobnie stało się w roku następnym, tego samego dnia. Gdy świadczył pisemnie na rzecz opactwa Molesme lub potwierdzał donacje od lokalnych feudałów dla szpitala w Sussy, koło Montsaugeon…

Wywierane przez opata Clairvaux naciski oraz jego kategoryczny ton nie wszystkim się podobały. Otoczenie królewskie, „w którym gołębie zaczynały ustępować jastrzębiom”, usztywniało się w swoim oporze wobec stanowiska Innocentego II i chociażby Bernarda, dla których – w duchu reformy gregoriańskiej – inwestytura królewska miała być czystą formalnością. Wobec kruchej równowagi istniejącej między prawami władcy a zamierzeniami reformatorsko nastawionego duchowieństwa tego typu interwencja była jak zimny prysznic. Toteż szybko zaczęto się buntować przeciwko lekceważącemu traktowaniu osiemnastoletniego króla przez Kościół.

Pierre Aubé, Św. Bernard z Clairvaux, tłumaczenie: Łukasz Maślanka, seria: Biografie Sławnych Ludzi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019 (dodruk 2022), ss. 830, oprawa twarda, ISBN 978-83-66272-52-1.


1 Dictionnaire du Moyen Age, 2002, hasło Ph. Nouzille’a.

2 Bernard de Clairvaux (1090–1153). Histoire, mentalités, spiritualité, Paryż 1992.

3 Das Mystische. Zob. L. Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus, 6.522, przeł. B. Wolniewicz, Warszawa 2000.

4 Saint-Bernard et les arts, w: L’Art et la société. Moyen Age – XXe siècle, Paris 2002, s. 444.

5 Fryburg został założony w 1120 roku (przyp. red. nauk.).

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2022 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.