Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » TW „Realista” czyli endokomuna

TW „Realista” czyli endokomuna

Adam Danek

Piszemy niniejszy artykuł, aby przestrzec Czytelnika. Na naszych oczach odbywa się na luźno pojętej prawicy przywłaszczenie i dewaluacja cennego pojęcia. Chodzi o termin „realizm polityczny”, wykorzystywany w nieuprawniony sposób już nie tylko do usprawiedliwiania, ale i do gloryfikowania pewnych środowisk, które po 1944 r. uprawiały kolaborację z komunistycznym okupantem i jego polskojęzyczną ekspozyturą. Oby ta próba przywłaszczenia okazała się nieskuteczna. W przeciwnym razie przywłaszczyciele wyświadczą nam wszystkim niedźwiedzią przysługę: termin „realizm (polityczny)” nabierze pejoratywnego wydźwięku, stając się synonimem służalstwa, interesowności, karierowiczostwa, zaprzaństwa i wielu innych równie niechlubnych określeń. Aż któregoś dnia jakiś esbek lub agent rozpocznie wyjaśnianie swojej działalności w okresie PRL słowami: zacznijmy od tego, że zawsze byłem realistą i w zaistniałych wówczas warunkach… etc. etc.

Spróbujemy pokazać kilka najbardziej oklepanych sztuczek retorycznych, za jakich pomocą pewni publicyści usiłują utożsamić wysługiwanie się bolszewikom z pojęciem realizmu politycznego. Ich idol to przedwojenny działacz obozu narodowego, który po podbiciu Polski przez wojska sowieckie czynnie udzielał poparcia i pomocy przywiezionemu przez nie komunizmowi. Aby nie wywoływać sporów o takie czy inne konkretne personalia, nazwiemy go umownie TW „Realistą”. Autor, który ostatnio – ku naszemu smutkowi – doszlusowuje do czołówki apologetów TW „Realisty”, zaszczycił nas niegdyś polemiką, gdzie napisał: „Ci, którzy ‘kolaborowali’ to ci, którzy już w połowie lat 40. zorientowali się, że komunizacja Polski jest daną empiryczną (…)”. Jednak z faktu, „że komunizacja Polski jest daną empiryczną” wcale nie wynikało – jak próbują nam wmówić obrońcy TW „Realisty” – iż należy włączyć się w budowę „nowego, wspaniałego świata”, współtworzyć go, aktywnie legitymizować poczynania jego władców własnymi słowami i czynami. W końcu w XVIII wieku epoka „oświecenia” też była daną empiryczną, a obecnie danymi empirycznymi są reżim demoliberalny albo Unia Europejska. Zgodnie ze swoją (rzekomą) logiką, w „oświeceniu” TW „Realista” wstąpiłby do masonerii i uzasadniałby w swych pismach rządy „filozofów na tronie” oraz walkę z Kościołem, w dzisiejszych czasach natomiast byłby urzędnikiem Unii Europejskiej lub aparatczykiem jednej z parlamentarnych partii politycznych finansowanych z pieniędzy podatników. A jego klakierzy nieustannie by zapewniali, jak bardzo TW „Realista” poświęca się w ten sposób dla narodu. Jak widać, nie chodzi o żaden realizm TW „Realisty”, lecz o jego oportunizm – by darować sobie określenia bardziej dosadne.

Kolejny zabieg charakterystyczny dla chwalców TW „Realisty” to wskazywanie na jego patriotyczne motywacje. Bolszewicy czy nie bolszewicy – mówią – chciał pracować dla Polski, która była dlań ważniejsza niż cokolwiek innego. Mamy tu do czynienia z odwołaniem się do uczuć w nadziei, że ich poruszenie odwróci uwagę od oczywistych faktów. Znana lewacka publicystka z różowego salonu „Gazety Wyborczej” T. Torańska opublikowała kiedyś w książce „Oni” wywiady przeprowadzone z komunistycznymi bonzami PRL lat stalinowskich. Opowiadając o swoich ówczesnych dokonaniach, nader często podkreślali oni swe patriotyczne pobudki. No i co z tego? Jak się mają te zapewnienia do obiektywnego charakteru ich działalności? Nikt chyba nie weźmie za dobrą monetę patriotyzmu tow. Ochaba czy tow. Bermana, nawet jeśli oni sami w ten mniemany patriotyzm wierzyli. Etykietka patriotyzmu sama w sobie nic nie usprawiedliwia, jeżeli abstrahuje od tego, co powinno być jego przedmiotem. A jeśli w oczach apologetów TW „Realisty” właśnie usprawiedliwia, to niech będą konsekwentni i wraz z TW „Realistą” rehabilitują Związek Patriotów Polskich, sformowany w 1943 r. w sowieckiej Moskwie na rozkaz Stalina, oraz ruch „księży-patriotów”. Nawiasem mówiąc, w każdym opracowaniu naukowym traktującym o komunistycznej bezpiece można znaleźć informację, iż do stałego repertuaru operacyjnych sposobów werbowania agentów przez esbeków należała tzw. metoda „na patriotyzm”. M.in. „na patriotyzm” na tajnego współpracownika SB – czyli, podkreślmy, donosiciela komunistycznej bezpieki – zwerbowany został jeden z opatów benedyktynów z Tyńca.

Wzmianka o „Gazecie Wyborczej” nasuwa myśl o następnej sztuczce retorycznej obrońców TW „Realisty”. Według ich zapewnień każdy, kto uznaje PRL za reżim zły i antypolski to sympatyk bądź kontynuator peerelowskiej „opozycji demokratycznej”. Bo przecież nie doceniać PRL może tylko duchowy spadkobierca lewicowego KOR, wychowany na eurokomunizmie Kuronia i Michnika oraz utopijnym socjalizmie Gwiazdów. Każdy prawdziwy narodowiec albo i – o zgrozo! – konserwatysta, na czele z TW „Realistą”, cenił sobie państwowość, choćby stworzoną i rządzoną niepodzielnie przez komunę, a kto jej nie ceni, ten jest anarchista, kosmopolita, pacyfista, prawoczłowiekowiec etc. Krótko mówiąc, według klakierów TW „Realisty” prawdziwego prawicowca poznaje się po tym, że jest nastawiony prokomunistycznie, a prawdziwego lewaka po tym, że jest antykomunistą. Czy można sobie wyobrazić większy idiotyzm?

Chwalcy TW „Realisty” jako uzasadnienie roli, jaką odegrał on w życiu politycznym PRL podnoszą rzekome osiągnięcia władzy ludowej – czyli, nazywając rzecz po imieniu, dobrodziejstwa panowania komunistów. Wprost potwierdził to np. Stanisław Stomma (jedno z wcieleń TW „Realisty”), pisząc w 1961 r. na łamach „Obłudnika Powszechnego”: „Obywatele z PZPR mówią: internacjonalizm proletariacki, my zaś mówimy: uniwersalizm w duchu chrześcijańskim. Inne podłoże filozoficzne, ale wnioski są w pewnej mierze podobne i prowadzą wielokrotnie do wspólnego celu. (…) Stwierdzaliśmy wielokrotnie, że ogólny kierunek rozwoju społeczno-politycznego wytyczony dla Polski po II wojnie światowej uważamy za słuszny”. Właściwie można by to żenujące wyznanie pozostawić bez komentarza. Ale zwróćmy uwagę na to, czego ono dowodzi: że TW „Realista” i spółka nie byli żadnymi realistami. Nie potrafili realistycznie rozpoznać natury komunizmu, skoro roili, iż da się go oswoić, obłaskawić i tę czysto niszczycielską siłę wykorzystać dla dobra Polski i narodu.

A propos narodu, wypada wyjaśnić, dlaczego orientację TW „Realisty” nazywamy inaczej endokomuną. Otóż jego apologeci jako czołowe osiągnięcie komunizmu nad Wisłą wskazują często przerobienie Polski na kraj jednonarodowy. Oczywiście starannie przy tym przemilczają fakt, że jednonarodowe społeczeństwo w Polsce skonstruował (bo takiego słowa trzeba tu użyć) Stalin – jeden z najgorszych w dziejach katów narodu polskiego – i że posłużył się w tym celu inżynierią społeczną, za nic mającą polskie tradycje i historię. Chętnie przyznajemy rację obrońcom TW „Realisty”: w PRL, w przeciwieństwie do Rzeczypospolitej przed II wojną światową bądź przed rozbiorami, urzeczywistniono nacjonalitaryzm, jak go trafnie ochrzcił Karol Maurras. Ale ze zdrowym nacjonalizmem opisanym przez Maurrasa nie miało to nic wspólnego.

Notabene, wśród klakierów TW „Realisty” są i tacy, co próbują komunę podpierać Maurrasem. I tym mówimy: wara! Łapy precz od Maurrasa, bo gdyby był taki, jak wasi idole, to zamiast gnić po wojnie dla idei królewskiej za kratami więzienia w Clairvaux, odżegnałby się od niej publicznie, pokajał przed sądem „dziwki-republiki” i zapisał do którejś z liczących się demoliberalnych partii politycznych. A potem mógłby już spokojnie pokrywać swoją ZDRADĘ odmienianym na wszelkie możliwe sposoby słowem „realizm”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.