Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Karol Carrington: O Barbeyu d’Aurevilly: Przedmowa na temat autora i jego pism

O Barbeyu d’Aurevilly: Przedmowa na temat autora i jego pism

Karol Carrington

Około piętnastu lat temu, kiedy przebywałem w jednej z najlepszych restauracji Paryża, ujrzałem, jak do lokalu wchodzi niezwykła figura. „To Barbey d’Aurevilly” – szepnął do mnie przyjaciel, który mi towarzyszył. Nazwisko to nie było mi całkiem nieznane, ale muszę wyznać, że nie wiedziałem wówczas zbyt wiele o współczesnej literaturze francuskiej, nigdy też nie czytałem ani l’Ensorcelée, ani les Diaboliques, tak więc wiadomość niezbyt mnie poruszyła.

Tym niemniej spojrzenie na nowo przybyłego przekonało mnie, że nie był to zwyczajny człowiek. Był wysoki i smukły, a choć miał co najmniej siedemdziesiątkę, to jednak zdawał się nieść ciężar swych lat lekko, z wysoko wzniesioną głową, krocząc odważnie i pewnie stawiając obcasy na posadzce. Twarz była subtelna, intelektualna i wciąż elegancka, ale to strój był najbardziej charakterystyczną jego cechą.

Nosił spodnie pasterskie w kratę – z najbardziej ostentacyjnym wzorem, jaki można sporządzić. Jego ciało było szczelnie opięte surdutem, który pasowałby świetnie do Pierwszego Dżentelmena Europy1, ale w latach 80. był niemodny już od sześciu dekad. Wycięty w pasie i wyściełany na piersiach, miał rękawy absurdalnie ciasne, rozcięte na nadgarstkach – wprost, by ukazać lniane mankiety, nakrochmalone tak sztywno, że przypominały przez to białe skórzane rękawice rycerskiej zbroi. Wrażenie to było tym silniejsze, że rękawiczki owego osobnika zrobione były z koźlej skóry i wyszywane na czarno. Ten osobliwy kostium uzupełniała zmarszczona koszula. Jej właściciel niósł w prawej dłoni laskę, w lewej natomiast – małe lusterko, w które spoglądał co pięć minut, by upewnić się, że jest naprawdę żywy, że nie jest tylko spóźnionym duchem jakiegoś dawno zmarłego dandysa.

Zapewne to właśnie ten rokokowy strój dawał Barbeyowi d’Aurevilly otoczkę eleganckiego ubóstwa – czy też, by wyrazić się precyzyjniej, ograniczonych środków finansowych. Zdawał się być człowiekiem preferującym rzeczy w dobrym guście, na które niekoniecznie było go stać. Z tego, jak zachowywali się wobec niego kelnerzy, wynikało jasno, że kojarzą go jako dobrego klienta. Rzeczywiście, wyglądał jak ten typ człowieka, który mógłby wydać złotego suwerena na swój obiad albo też – nie posiadając tej sumy – obyć się bez obiadu; ale z pewnością nie jak człowiek, którego moglibyście spotkać w Bouillon Duval. Spodziewalibyście się – przypuszczam, że zgodnie z prawdą – iż mieszka raczej na skromnym poddaszu gdzieś w pobliżu swego ukochanego Faubourg Saint-Germain niż w znacznie wygodniejszym mieszkaniu w kwartale cyganerii czy bourgeois. Słyszałem, że mówiono o nim, iż kiedy przechodził przez Rue de la Paix i widział nieosiągalną dlań luksusową biżuterię, błyszczącą na wystawach jubilerów, zamykał oczy i mamrotał pod nosem: „i nie wódź nas na pokuszenie”.

To krótkie spojrzenie na interesującą osobowość zachęciło mnie do tego, by dowiedzieć się więcej o Barbeyu d’Aurevilly. Nie było to zresztą trudne, albowiem wśród młodych literatów, z którymi przebywałem, było wielu takich, którzy znali go osobiście lub też ze słyszenia. Wkrótce odkryłem, że ma wielu przyjaciół i jeszcze więcej wrogów – i że istniało mnóstwo powodów, by przyjąć postawę jednych lub drugich.

Ci, którzy go znali, postrzegali go jako uprzejmego, cichego dżentelmena w starym stylu. Choć zawsze pisał w swych książkach o ludziach czynu, to sam spędził niemal całe życie jak pustelnik. Swoim strojem starał się upodobnić do Beau Brummella. Poznał go zresztą, gdy Beau był już u schyłku swych dni, wegetując marnie w Caen i niemal głodując, a zarazem wciąż uważając się za autorytet w kwestiach takich jak wycięcie surduta. Jego drżące palce wciąż zresztą potrafiły bezbłędnie zawiązać krawat. Wrażliwy siedemnastolatek łatwo mógł znaleźć lepszego bohatera, ale w tych sprawach kieruje nami jakaś wyższa siła – i młody Barbey, wybrawszy już jednego idola, dbał o jego tron i składał mu codzienną ofiarę przez więcej niż sześćdziesiąt lat. Beau Brummell z trudem mógłby jednak wystarczać duchowym potrzebom swego młodego i pełnego wyobraźni wyznawcy. Ten zatem znalazł wszystko, czego oczekiwał w tych kwestiach, w osobowości i pismach Lorda Byrona.

Paweł Bourget, piszący – jak wielu z jego ziomków – wspaniałe epigramaty, które zdają się być nader piękne, póki nie zbada się ich dokładniej, mówił, że: „Byron ukrywał swe zniesmaczenie posiadanym przez siebie tytułem para i 40 tysiącami funtów rocznie, podczas gdy Barbey d’Aurevilly musiał swą niezależność zdobywać inkaustem i piórem”.

Lepsza definicja byłaby taka, że pierwszy z nich z natury był cynikiem, a drugi nie. Gdy człowiek posiada nadwrażliwą, poetyczną naturę, a do tego deformacje fizyczne, półobłąkaną matkę i zgoła mechaniczną żonę, wtedy szansa na to, że nie utraci równowagi psychicznej, jest niewielka, niezależnie od jego dochodów i pozycji społecznej. Barbey d’Aurevilly nie miał tymczasem żadnego szczególnego powodu do pesymizmu – poza jednym, bardzo powszechnym, niemal uniwersalnym. Uważał, iż ciężko jest oglądać szczęście cudzymi oczami, a zarazem odczuwał rozczarowanie, ponieważ ludzie o mniejszych umysłach robili większe pieniądze. W każdym razie Barbey, jako młody człowiek, przekroczył Manfreda2 i wytworzył w sobie nastrój ponurej rezygnacji, który po części zanikł w następnych latach, ale nigdy do końca. Nigdy nie był tym, kogo nazywamy osobą towarzyską. Wolał raczej siedzieć sam w pokoju, spokojnie i z pewną rezerwą, czasami przez całe godziny. Jednocześnie był gotów rozmawiać z każdym ze swych przyjaciół-literatów, którzy decydowali się odwiedzić zmęczonego giganta.

„Chodźmy i wezwijmy Dziedzica” – powiedział Teofil Silvestre młodemu przyjacielowi, który dopiero przybył do Paryża, a którego imię było później dobrze znane, był to bowiem Leon Gambetta. Pseudonim „Dziedzic” wziął się z tego, że Barbey, niczym pan na Ravenswood3, zapewne zresztą z tego samego powodu, trzymał się na uboczu.

To była jednak tylko jedna z wielu twarzy tej osobowości. Gdyby faktycznie żył z dala od ludzi, wówczas nie byłoby niczym trudnym odmalowanie pół tuzina jego portretów, które w żaden sposób nie przypominałyby siebie nawzajem – i z których każdy byłby częściowo słuszny.

Do pewnego stopnia sam tak siebie postrzegał. W kilku gwałtownych artykułach krytycznych, których sporo tworzył, zaatakował raz Baudelaire’a. Autor Kwiatów zła podszedł wkrótce potem do Barbeya, gdy ten wraz z kilkoma przyjaciółmi siedział w café w pobliżu Teatru Odéon – i powiedział swym szczególnym, cienkim głosem:

—         Panie Barbey d’Aurevilly, wiem, że to przeciw pańskim zasadom4 walczyć w pojedynku, ale co by Pan powiedział, gdybym zażądał satysfakcji za okrutne teksty, jakie pan o mnie napisał?

—         Jest we mnie – odpowiedział Barbey – dwóch różnych ludzi, poganin i chrześcijanin. Jeśli byś mnie pan wyzwał, to nie jestem pewien, czy przypadkiem poganin nie zwyciężyłby w chwili, w której dawałbym panu odpowiedź.

W istocie d’Aurevilly nie dowartościował dostatecznie tego przypadku. Tak naprawdę nie tkwiły w nim dwie osobowości, ale co najmniej pół tuzina. Jako „naturalista” był jednym z tych silnych ludzi, którzy żyli zanim Agamemnon Zoli dał tej szkole rozgłos lub też może złą sławę (co zależy od oceny czytelnika). Stara zasada, że dwóch z tej samej bajki w niczym nie będzie się zgadzać, może być przyczyną gwałtownych ataków, jakie Zola przypuszczał nań na łamach „Figaro”, na które zresztą Barbey odpowiadał tak agresywnie, że Zola poczuł się zmuszony do sięgnięcia po ostatnią broń polemisty, czyli po uwagi osobiste. Wypomniał więc Barbeyowi jego wykwintne maniery tudzież staromodną odzież.

Krył się jednak za tym dziwny mistycyzm porównywalny z tym, który cechował Huysmansa. W jednej chwili będzie on pełen chłopięcej nadziei niczym u ucznia czekającego na ferie; w następnej – złoży na nas ciężar całego mrocznego przygnębienia Maeterlincka lub cyniczny pesymizm Ibsena.

W polityce i religii było podobnie. Nikt nie był bardziej jednoznacznym wyznawcą „boskiego prawa królów do rządzenia źle” (lub dobrze), a Kościół wojujący nie miał bardziej zdecydowanych obrońców; ale kiedy Barbey pisał o królobójcach i ateistach, wtenczas robił to tak, jakby ich kochał. Możliwe jednak, że miłował ich jedynie tak, jak Walton żabę w znanym cytacie, tj. jako przynętę dla publiki5 – w czym, jak się obawiam, odniósł niewielkie powodzenie.

Ten sam gwałtowny kontrast znaczył styl literacki Barbeya. Krytyk uchodzący za autorytet w kwestii stylu, mianowicie Paweł de Saint-Victor, powiedział o nim, że był „jednocześnie brutalny i zarazem wyrafinowany, ostry i delikatny, gorzki i wytworny. Przywodził na myśl napar w kotle wiedźmy, zawierający kwiaty i węże, krew tygrysa i miód”. Jedną z historii w poniższej książce, Obiad ateistów, otwiera opis kościoła w małym miasteczku w Normandii, będący jednym z piękniejszych przykładów malowania słowem, jaki znam – i tak dopracowanym, że jedno słowo mniej lub więcej zniszczyłoby to wrażenie. Z drugiej strony, są tu metafory, które wprawiają w zakłopotanie lub wręcz irytują czytelnika, a także zdania, które w podręcznikach do gramatyki cytowane są jako „okropne przykłady”.

W tych ostatnich przypadkach umysł bez wątpienia prześcignął dłoń – i autor nigdy nie podjął poważnego wysiłku, by te słowa ułożyć poprawnie. Jeśli rzeczywiście tak było, to oznaczałoby to, że prawdziwe były te uwagi Pawła Bourgeta na temat Barbeya:

— Prawie nic nie wiesz o tych przemyśleniach – Ty, przyszły czytelniku owej powieści – o tych chwilach, gdy okna są zamknięte, a świece zapalone, a ów alchemik przygotowuje swe wielkie dzieło, niemal nie dbając o to, czy ono Ciebie, czytelniku, zainteresuje czy nie. Bardzo możliwe, że miał dziś parę spraw, które go poirytowały, przeczytał artykuł, który go rozgniewał, usłyszał słowa, które wziął sobie do serca czy też poglądy, które go oburzyły – lub ostatecznie zobaczył twarze, które mu się nie spodobały. Te drobne nędze codziennego życia znikają, a „Otwarty Sezam” jest ledwie widoczny, dopóki nie zostanie odsunięty kamień blokujący wejście do zaczarowanej jaskini. Wtedy autor widzi Marginy’ego, widzi Velliniego la Malagaise, widzi Jehoela de la Croix Jugan. Czy w ogóle wciąż istnieje świat prostackich wrażeń i zwykłych miejsc? On, pisarz, nic o tym nie wie – zaabsorbowany swoimi osobowościami, swoimi w dosłownym tego słowa znaczeniu, ponieważ wydobył je ze swego mózgu niczym Jowisz Minerwę, rozwinął je i nakarmił najczystszą treścią swego jestestwa.

Dla tego pisarza, jak i dla wszystkich tych, którzy mają zdecydowany, zdefiniowany styl, słowa istnieją tak samo jak stworzenia. Żyją i oddychają, są szlachetne lub plebejskie. Niektóre są subtelne, inne prostackie. Każde ma swoją fizjonomię, fizjologię i psychologię.

Jako dziecko żył w Valognes i znał tych, którzy przetrwali straszliwe wojny szuańskie w Cotentin. Słyszał o tym, jakich czynów dokonywali mężczyźni tymi samymi dłońmi, które teraz ogrzewali przy ogniu w cieple kominka. Widział też, jak młodzi szlachcice i starzy żołnierze Cesarstwa zabijają wymuszoną nudę swej monotonnej egzystencji poprzez wszelkie możliwe ekscesy miłości, hazardu i dyskusji. Wspominał tych arystokratów i żołnierzy, gdy pisał Szczęście w zbrodni czy Obiad ateistów.

Nim przejdę do konkluzji, muszę wpierw rzec parę słów o moralności Barbeya – i tej książki. Oczywiście nie był pisarzem pornograficznym, nie miał też intencji bycia pisarzem niemoralnym. W istocie jego cel był dokładnie odwrotny. Jego teoria brzmiała: „Występek to potwór o przerażającym obliczu / lecz aby go znienawidzić, trzeba go ujrzeć”. Mówił, że „odważa się ujawniać okropne obyczaje, by przerazić podłych” – ale taka rozrywka to coś niebezpiecznego, nawet jeśli jest podejmowana z najlepszymi intencjami.

Obawiam się, że niniejsza książka nie przerazi Występku w dużym stopniu, ale z drugiej strony nie sądzę, by miała przestraszyć Cnotę. Gdy pojawiła się po raz pierwszy w roku 1874, było trochę szumu wokół rządowych oskarżeń o niemoralność. Później Dentu, wydawca, zniszczył wszystkie niesprzedane kopie – pięćset spośród dwóch tysięcy dwustu – i wówczas postępowanie rzecz jasna umorzono. Dziewięć lat później książka wydana została ponownie bez żadnych zmian i nikt nie zwrócił na to uwagi. Musiała zatem nastąpić zmiana we francuskiej moralności – lub niemoralności.

Nie znam innych prac, które angielskiemu czytelnikowi dałyby lepsze pojęcie o stylu Barbeya d’Aurevilly niż ta właśnie. Dla wielu jego nazwisko będzie czymś nowym, jak sądzę. Był jednym z tych potężnych, ale i samotnych autorów, którzy nie stworzyli żadnej szkoły – z tego prostego powodu, że każdy naśladowca stałby się zwykłym parodystą. Ale nawet jeśli nie powołał szkoły, ani też do żadnej nie należał, to jednak widać w nim wpływ Balzaka. Jakby nie było, mam nadzieję i wierzę, że ci, którzy nigdy o nim nie słyszeli, ale którzy doceniają talent literacki, chwilami bliski geniuszowi, podziękują tłumaczowi i wydawcy za możliwość poznania Barbeya d’Aurevilly.

tłumaczenie: Adam Tomasz Witczak

Wstęp do książki Weird Women: Being a Literal Translation of „Les Diaboliques”, Londyn / Paryż, Lutetian Bibliophiles Society, 1900.


1 „Jerzego IV”, uzurpującego władzę na Wyspach Brytyjskich za panowania króla Wiktora Sabaudzkiego (1819-1824) i królowej Marii III(II) (1824-1840) – przypisy pochodzą od redakcji Portalu Legitymistycznego.

2 Chodzi o postać tytułową z poematu Manfred Byrona. W oryginale: a young man out-Manfreded Manfred.

3 Postać z powieści The Bride of Lammermoor Waltera Scotta.

4 Zasadom katolickim. Jak wiadomo, Kościół Rzymski zakazuje udziału w pojedynkach.

5 Izaak Walton (1594-1683) był angielskim publicystą rojalistycznym i zapalonym wędkarzem, autor poświęconego tej dyscyplinie dzieła. Autor przedmowy ma prawdopodobnie na myśli następujący cytat: use him as though you loved him, that is, harm him as little as you may possibly, that he may live the longer, który można tłumaczyć jako: używaj go, jakbyś go kochał, to znaczy: krzywdź najmniej jak możesz, dzięki temu będzie żył dłużej.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.