Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Komboskion (część 12) — Wieczór Trzech Magów

Komboskion (część 12) — Wieczór Trzech Magów

Adam Tomasz Witczak

Serce monarchisty rośnie zapewne, gdy słyszy o Trzech Królach – oto bowiem monarchowie jako pierwsi złożyli pokłon wcielonemu Logosowi, niejako prefigurując i reprezentując w ten sposób poddanie Mu gmachu życia społecznego i państwowego.

W rzeczywistości jednak Pismo Święte nie twierdzi, że byli oni królami – grecki tekst Ewangelii św. Mateusza mówi o magach, często też określa się ich jako mędrców. W istocie granica pomiędzy mędrcem, filozofem, mistykiem i magiem bywała niegdyś płynna, przyszłość zresztą pokazała, że nie tylko u pogan.

Współczesna egzegeza (modernistyczna) przejawia mniejsze lub większe skłonności do tego, by traktować przybycie Trzech Magów jako opis symboliczny, metaforyczny czy alegoryczny, nieobrazujący faktycznych wydarzeń, a jedynie pewne prawdy o istocie misji naszego Pana Jezusa Chrystusa. Naturalnie gdyby nawet tak było, to i tak ów symboliczny wymiar byłby niezmiernie istotny. Problem jednak w tym, że musielibyśmy wówczas posądzić świętego Mateusza Ewangelistę (albo też dobrych chrześcijan, od których czerpał swą wiedzę) o rodzaj „zmyślenia w słusznej sprawie”. Nie tylko, że to by mu uwłaczało, ale po raz kolejny – jak większa część różnego rodzaju „demitologizacji” – odrywałoby początki chrześcijaństwa od historii i historycznej prawdziwości. Jeśli magowie to jedynie figury wpasowane w pewną mitologiczną narrację, to być może to samo można powiedzieć o szopce, żłóbku, pasterzach, rzezi niewiniątek czy ucieczce do Egiptu?

W istocie – niektórzy taki właśnie wniosek z poczynionych założeń wyciągają. Zdarza się to nawet umysłom głębokim i odległym od tendencji modernistycznych. Na przykład Ananda Coomaraswamy z pożałowania godną bezceremonialnością stwierdził w jednym ze swych listów, że niespecjalnie interesuje go to, czy Jezus istniał „historycznie”. Na podobnej zresztą zasadzie nie było dla niego ważne, czy kiedykolwiek żył Budda Siddharta Gautama – a jeśli tak, to czy znane opisy jego życia pokrywają się z faktami. Nic dziwnego: Coomaraswamy, mimo swoich szerokich horyzontów i cennych przemyśleń na różne tematy, nie potrafił wyzwolić się z typowego dla hinduisty lekceważenia historii, przeto również z obojętności na autentyczność wydarzeń. Rzeczywiście, dzieląc z nami (miejmy przynajmniej taką nadzieję) podstawowe metafizyczne prawdy o Jedynym Bogu, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że Wisznu czy Śiwa to tylko symboliczne wyrazy pewnych aspektów Absolutu (przy czym nie twierdzimy bynajmniej, że są one wolne od zanieczyszczeń i przekłamań). Tak samo wiedział, że Kryszna albo nigdy nie gościł na Ziemi, by być woźnicą księcia Ardżuny, albo przeciwnie – był jedynie ziemskim bohaterem, ubóstwionym przez potomnych.

Dla hinduisty nie jest to tak naprawdę ważne, ale dla chrześcijanina historyczność Ewangelii (a w gruncie rzeczy prawie całej Biblii) to sprawa zasadnicza. Ludzie tacy jak Coomaraswamy koncentrują się jedynie na metafizyce, ale Trzej Magowie skłonili swe głowy nie przed Sophia Perennis – lecz przed Osobą, przed wcielonym Logosem, przed przyszłym cieślą z Nazaretu, w Betlejem Judzkim. Właściwie można rzec, że to Sophia Perennis złożyła hołd Sol Invictus – Słońcu Niezwyciężonemu (nim czytelnik się obruszy, winien przypomnieć sobie, że tytułem tym obdarzano także Chrystusa; ostatecznie zresztą zdaje się on dobrze wyrażać Jego posłannictwo i istotę).

Kim byli? Teoretycznie nie wiemy, czy było ich trzech – i czy nazywali się Kacper, Melchior oraz Baltazar. Teoretycznie w to akurat wierzyć nie musimy. Tak po prostu mówi przyjęty w Kościele obyczaj i autorytet kolejnych pokoleń.

Znamienne jest to, że przybyli ze Wschodu, być może z daleka. Był to Wschód mazdaizmu, zoroastryzmu, religii braminów, buddyzmu i taoizmu, choć trudno sądzić, by którykolwiek z nich przybył aż z Chin. Z drugiej strony, dla Boga nie ma nic niemożliwego – a przecież sama wędrówka zdeterminowanych mędrców za jaśniejącą gwiazdą miała w sobie coś cudownego.

Byli zatem poganami, nie wywodzili się ze wspólnoty Izraela. Ba, mogli nawet wywodzić się z zupełnie innych kultur niż te, które dominowały w Imperium Rzymskim. Czy był wśród nich buddyjski mnich poszukujący Prawdziwej Jaźni? Czy był bramin kontemplujący To Jedno? Kapłan zoroastryjski wyczekujący Saoszjanta – mesjasza, który rozgromi wojska Arymana? Pogański mag z Etiopii lub Arabii? Kapłan religii egipskiej?

Jest to historia niezwykła, nieprawdopodobna, może nawet niedorzeczna według współczesnych kryteriów. Ale być może to współczesne rozumienie spraw jest naznaczone naszą nieufnością i „praktycyzmem”. W dawnych czasach nieraz zdarzały się jednostki gotowe przebyć pustynie, góry i morza, by odnaleźć – niekoniecznie prawdziwe, ale doceńmy intencje – oświecenie. Oto i oni: trzech mędrców, buddysta, hinduista i zaratusztrianin (na przykład), którzy dostępują Epifanii jeszcze przed Izraelem. Są więc poniekąd jak „święci poganie” Starego Testamentu: Hiob czy Melchizedek, ci wszyscy, którym odrębną książkę poświęcił kardynał Jan Daniélou1. Pokazuje to uniwersalizm nowego przesłania – ale uniwersalizm niepotępiający tych wszystkich dociekań, które szły drogą rozumu zbierającego okruchy po pierwotnym Objawieniu.

Nie wiemy, co stało się z nimi, gdy wrócili do siebie. Naturalnie raczej nie mieli sposobności doczekać rozprzestrzenienia się wieści o nauczaniu Jezusa z Nazaretu. A zatem mogli sami nie rozumieć do końca tego, co ujrzeli; mogli wręcz – i zapewne tak było – zachować całe wydarzenie w tajemnicy. Szukali króla żydowskiego – i go znaleźli. Ten paradoks króla w szopie, zrodzonego w najniższych warstwach społeczeństwa, na obrzeżach małego miasteczka w ubogim kraju – wcale niekoniecznie był dla nich zaskoczeniem, bo przecież niechybnie zdołali się już wznieść ponad proste pogaństwo i dotrzeć do głębi, w której to właśnie ogołocenie z przyziemnych dóbr jest drogą do dóbr największych. Prawdziwi mędrcy wiedzieli to od dawna: nad Nilem, Gangesem, Eufratem i Żółtą Rzeką.

Kimkolwiek by nie byli, Opatrzność nic nie pozostawiła przypadkowi. Tak, to są w pewnym sensie wydarzenia mityczne, ale tym razem – jak pisał z genialną intuicją C.S. Lewis – mit stał się faktem. Tak jak bytujący w transcendentnym świecie idei Bóg stał się człowiekiem w konkretnym miejscu i czasie, tak wzorce mniej czy bardziej dokładnie przewijające się przez wieki w rozmaitych kulturach i przypowieściach – zaczęły się materializować w Palestynie pierwszego wieku nowej ery.


1 Z punktu widzenia sedewakantysty x. Jan Daniélou był kardynałem Nowego Kościoła montiniańskiego – przypis redaktora naczelnego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.