Jesteś tutaj: Publicystyka » Rick Agon » Wraca nowe

Wraca nowe

Rick Agon

Do sięgnięcia po Dzienniki Turnera Andrew Macdonalda (ps.) skłoniła mnie umieszczona na okładce informacja, że jest to Biblia prawicowej ekstremy. Po ukończeniu lektury pozostaje mi dodać, iż takie określenie może co najwyżej świadczyć o osobliwym poczuciu humoru wydawcy.

Książka powstała w latach 1975-78 i według zamierzeń autora dzieje się w nieodległej przyszłości, w I połowie lat 90. Stany Zjednoczone pogrążone są w kryzysie gospodarczym. Biurokracja zostaje rozbudowana do granic możliwości i jest do cna skorumpowana. Zaczyna już brakować podstawowych produktów, racjonuje się benzynę i energię elektryczną. Stan dróg jest katastrofalny. Ustawa Cohena zakazuje Amerykanom posiadania broni palnej, co rozzuchwala przestępców. Planuje się wprowadzenie dowodów identyfikacyjnych niezbędnych przy dokonywaniu najmniejszych zakupów oraz podłączenie wszystkich obywateli do gigantycznego komputera, który będzie śledził ich posunięcia. Główne zajęcie rządu i wszechwładnego Komitetu ds. Stosunków Międzyludzkich to tropienie najmniejszych przejawów dyskryminacji rasowej.

W tej warstwie znaczeniowej książka ma wymowę wybitnie libertariańską. Ale jest to tylko tło dla duchowej przemiany bohatera, Earla Turnera, który szybko odkrywa, że odpowiedzialnymi za kryzys są… Żydzi, kapitaliści i Murzyni. Skąd my to znamy? Z komentarza narratora dowiedziałem się np. iż panujący w latach 90. dziki i nieokiełznany kapitalizm zapewniał idealne warunki rozwoju zorganizowanej przestępczości, jak również powiązanej z nią korupcji politycznej. A mnie się zdawało, że omnipotencja biurokracji nie ma nic wspólnego z kapitalizmem, który w dodatku jest najlepszą metodą, by korupcję polityczna likwidować. Kierowany takimi mniemaniami Turner decyduje się przystąpić do enigmatycznej Organizacji, a potem zostaje inicjowany do jej wewnętrznej struktury — Zakonu. Jest to istniejąca od 68 lat i zakonspirowana grupa ok. 2000 białych rasistów (niby ta prawicowa ekstrema), która we wrześniu 1991 r. przystępuje do działań zbrojnych.

Turner zaczyna działalność jako człowiek. Jest zbuntowany przeciw zakłamanej rzeczywistości, gotów wyrzec się prywatności, a nawet życia, byle tylko móc stworzyć lepszą przyszłość. Dlatego zostaje rewolucjonistą. Lecz im bardziej się w działalność rewolucyjną zagłębia, tym mniej w nim zostaje człowieczeństwa. Pierwszy cel ataku swojej czteroosobowej jednostki wybiera, kierując się jeszcze zasadami swoistej sprawiedliwości: Saul Berman jest Żydem i właścicielem sklepu monopolowego. Trudno to nazwać winą, niemniej jednak widać tu jeszcze próbę racjonalizowania swojej nienawiści przy pomocy cywilizowanych zasad etycznych. Zawsze to coś! Potem giną już ludzie coraz bardziej przypadkowi. Turner wciąż przynajmniej próbuje rozumować jakimś kategoriami sprawiedliwości — giną, bo są Czarnymi, Żydami albo zdrajcami. Później spotyka w Organizacji Harry'ego Powella, liberatrianina, którego rasizm nie interesuje, ale chciałby walczyć z wszechwładzą państwa i wysokimi podatkami, a przede wszystkim jest zwolennikiem ewolucyjnego modelu przemian społecznych. Powell kończy z kulą w mózgu. Od tej chwili dla Turnera liczy się już tylko absolutna czystość rewolucyjnej idei i śmierć wszystkiego, co rewolucyjne nie jest. Giniesz już nie tylko za to, że zrobiłeś coś złego albo należysz do grupy, która w umyśle Turnera jest odpowiedzialna za czynienie zła. Musisz umrzeć także wtedy, gdy w zabijaniu innych nie jesteś tak gorliwy jak Turner. Organizacja odchodzi od idei wykonywania egzekucji (zakłada to jeszcze jakąś odpowiedzialność jednostkową i sąd) do zmasowanego terroru. Ludzie, nawet Biali, nie muszą ich kochać. Wystarczy, że się boją. Następnie przychodzi koncepcja jeszcze dalej idąca. Poprzez akty sabotażu należy dokonać całkowitego rozkładu gospodarczego Stanów Zjednoczonych. Ludzie muszą ginąć z głodu tysiącami, zwiększając szanse Organizacji na zwycięstwo. Turner rozumuje: wykuwamy oto zręby nowego społeczeństwa, nowej cywilizacji, która rodzi się z popiołów starej. Podstawą nowej cywilizacji będzie światopogląd diametralnie odmienny aniżeli obecnie obowiązujący, toteż można go będzie zaczepić ludziom stosując wyłącznie rewolucyjne metody. Społeczeństwo żadną miarą nie może powstać na drodze ewolucyjnej. W oparciu o tę zasadę przeprowadzają Dzień Sznura, w czasie którego giną dziesiątki tysięcy ludzi. Zdobywają Waszyngton, następnie cały świat i do 1999 roku dokonują eksterminacji wszystkich ludzi, którzy nie byli Biali. Ostatnie słowa książki brzmią: na Ziemi mogły się rozpocząć mądre, łagodne i wiecznotrwałe rządy Zakonu. Po Artikelbrief Münzera, Utopii Morusa, Citta del Sole Campanelli, The Law of Freedom Winstanleya i Manifeście Komunistycznym do szczęścia brakowało nam już tylko wiecznotrwałych rządów Zakonu.

Dziennik Turnera to jakby Rok 1984 napisany z punktu widzenia O'Briena. Dzienniki Turnera pozostałyby książką brutalną, lecz piękną, gdyby rzeczywiście było tam napisane to, co ja z nich wyczytałem. Kłopot w tym, że autor bynajmniej nie zamierzył ich jako opisu moralnej degeneracji osób uwikłanych w proces rewolucyjny. On raczej starał się zbudować apologię Earla Turnera, męczennika Wielkiej Rewolucji, a własne życie Macdonalda (wł. William Pierce) i jego zaangażowanie w działalność The National Alliance wskazują, że on bardzo szczerze się identyfikował ze swoim bohaterem. Znalazł pokaźnie grono następców. Pod wpływem lektury Dzienników pozostawali rzekomo Timothy McVeigh i Terry Nichols, którzy — gdybyśmy wierzyli propagandzie reżimu Clintona! — 19 kwietnia 1995 r. mieli zabić podczas zamachu bombowego w Oklahoma City 168 osób i zranić 500. Kilka lat wcześniej grupa działaczy Ku Klux Klanu założyła odwołującą się do zasad Organizacji grupę o nazwie The Order. (Od tych wydarzeń odróżnić trzeba prowokacje FBI, w których giną niewinni biali seperatyści: na farmie Waco, w której federalni usmażyli żywcem 86 członków Szczepu Dawidowego, czy w Ruby Ridge, gdzie zamordowano rodzinę drwala Randy'ego Weavera).

Popularność Dzienników Turnera (w Stanach Zjednoczonych jeszcze zanim trafiły do legalnych księgarń, sprzedały się w 185 tys. egzemplarzy) to efekt niepokojącego mechanizmu, polegającego na tym, że ludzie walczący z terrorem political correctness odruchowo zaczynają utożsamiać się ze wszystkim, co nie jest politycznie poprawne. Niesłusznie! W przypadku powieści Macdonalda polityczna poprawność idealnie współgra z miłym również mojemu duchowi przekonaniu, iż człowieka od szympansa odróżnia coś więcej niż tylko sposób chodu. Z okładki dzienników dowiedziałem się, że The National Alliance jest przez Żydów uznawana za jedną z najgroźniejszych organizacji w USA — z kontekstu wynika, iż jest to wiadomość pozytywna. A może by tak, zamiast automatycznie wielbić wszystko, czego nie lubią Żydzi, zastanowić się czy nie mają w tej sprawie racji.

Potencjalny odbiorca tej książki to nacjonalistyczny radykał (a tylko nieliczni narodowcy reprezentują proweniencję prawicową), który tak się zapomniał w swojej skrajności, iż już nie dostrzega różnicy między ekstremizmem w sprawie dobrej a złej. Gdy pojawi się ktoś jeszcze bardziej skrajny, tacy ludzie natychmiast stają z nim do licytacji, nie zaprzątając sobie głowy refleksjami na temat tego, jak ich światopogląd ma się do historycznych i współczesnych realiów. Bardzo często nakładają się na to kłopoty z własną osobowością i w relacjach z innymi ludźmi, które usiłuje się zamaskować szokującymi poglądami (autor Dzienników Turnera był żonaty pięciokrotnie). W ten sposób żwawo i odważnie przekraczają granice dzielące żarliwość ideową i fanatyzm, a potem fanatyzm i chorobę umysłową. Największą krzywdą, jaką byśmy mogli takiemu człowiekowi wyrządzić, to przymykać oczy na jego zachowanie, tylko dlatego, że jest „nasz”. Sprawa ma się odwrotnie. To, że takie osoby usiłują wmieszać się do naszych szeregów, w niczym ich nie usprawiedliwia, ale powoduje, że tym rychlej powinniśmy ich poinstruować, gdzie jest najbliższy lokal Związku Komunistów Polskich „Proletariat”. Wystarczy zamienić „rasy” na „klasy”! Zresztą w Dziennikach oprócz Żydów i Murzynów głównym przeciwnikiem Organizacji są tzw. odpowiedzialni konserwatyści, którzy (pomijając ogromne różnice światopoglądowe) usiłują rasistom wytłumaczyć, że rewolucje tylko przydają zło do złego. Zazwyczaj kończą z 8 gramami ołowiu w czaszce albo bez nóg. Potem przychodzi kolej na tropienie „reakcyjnych elementów” wewnątrz Organizacji. To już bolszewizm czystej wody!

Podział na prawicę i lewicę to coś więcej niż kwestia retoryki i poglądów, to przede wszystkim odmienna mentalność i różna jakość moralna. U progu XX wieku - w czasach, gdy anarchistyczni terroryści mordowali cesarzową Elżbietę, króla Huberta I, prezydentów McKinleya i Carnota, Sowieci w Rosji urządzali sądy nad Bogiem, a meksykańskie wojska rządowe szturmowały pozycje Powstańców Chrystusa Króla z okrzykiem Viva el Diablo na ustach - ta różnica jakości duchowej była jasna. Oczywiście i oni chcieli dobrze, lecz nas odróżniało poczucie politycznego realizmu, zrozumienia dla upadłej natury człowieka. Lewica chciała Absolutnego Początku, Wielkiej Rewolucji, która raz na zawsze usunęłaby zło ze świata; podejrzliwość do metafizyki prowadziła ich do odrzucenia wiary w życie po życiu, a Raj chcieli mieć już na Ziemi. Najczęściej usiłowali tkwiące w każdym człowieku zło projektować na konkretną grupę społeczną/etniczną, a potem razem z tą grupą usunąć je z powierzchni Niebieskiego Globu. Prawica uważała rzeczywistość za bardziej skomplikowaną, a pomysłu naprawiania świata przez wieszanie niewinnych ludzi, eksterminowanie grup narodowościowych lub burzenie dorobku przeszłych pokoleń, nie traktowała na poważnie. Od chwili przejęcia władzy lewica powoli się cywilizowała i przejmowała kanony myśli prawicowej, dziś nie wahałbym się przed określaniem pewnych myślicieli (np. prof. Bronisława Łagowskiego) mianem postkomunistycznych konserwatystów. Natomiast prawica od tkwienia w opozycji wyraźnie straciła dawne wyczucie polityczne (bo przecież poza sferą realnej władzy rodzą się tylko iluzje), a wielu jej działaczy zaczęło syntezować prawicową retorykę z umysłowością wyraźnie lewicową. Dzienniki Turnera to krok dalej: mentalności i poglądy ewidentnie lewicowe, a prawicowość w nich to już tylko bezpodstawne roszczenia do hasła prawicowa ekstrema. Podobnych ludzi nie możemy traktować jak sojuszników; mało, że utopią swoje sumienia i dobre intencje w morzu krwi, to jeszcze zrobią to na nasz rachunek.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.