Jesteś tutaj: Publicystyka » Waldemar Michalak » Zasada konwergencji

Zasada konwergencji

Waldemar Michalak

W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, w kręgach zachodnich socjologów, głównie amerykańskich, pojawiła się teoria konwergencji, w myśl której ustrój kapitalistyczny i socjalistyczny miały upodabniać się do siebie nawzajem, i w rezultacie miał powstać jeden system oparty na cechach wspólnych obu ustrojów. Za taką cechę wspólną uznano m.in. podobieństwo pozycji społecznej i roli, jaką w gospodarce obu systemów odgrywają wszelkiego rodzaju menedżerowie, technokraci, zarządcy, dyrektorzy, jednym słowem kadra kierownicza banków i przedsiębiorstw (w kapitalizmie zwana management). Jej główną funkcją miało być zarządzanie nie-swoją własnością, zaś owa nie-swoja własność występowała w postaci własności osoby prawnej, a więc własności nieposiadającej fizycznego właściciela, ze wszystkimi tego konsekwencjami. I tak, w gospodarce socjalistycznej byli to wszelkiego rodzaju dyrektorzy i prezesi państwowych lub parapaństwowych (np. wszelkiego rodzaju spółdzielni) podmiotów gospodarczych. Zaś w gospodarce kapitalistycznej owa grupa miała odgrywać kluczową rolę w tych podmiotach gospodarczych, w których własność była w posiadaniu osób prawnych a nie fizycznych. Cechami wspólnymi dla tej grupy zarządzającej gospodarką – w socjalizmie dyrektorów, w kapitalizmie menedżerów – były: posiadanie przez zarządzanie oraz brak odpowiedzialności za ostateczne rezultaty własnej działalności, czy rozmyte poczucie winy w wypadku niepowodzenia, aczkolwiek w teorii konwergencji zakładano, że kadry managementu muszą posiadać wysokie kwalifikacje. Jednak nawet najwyższe kwalifikacje profesjonalne nie znoszą bariery pomiędzy odpowiedzialnością za swoje a odpowiedzialnością za nie-swoje, przy braku właściciela personalnego. Inną cechą różnicującą jest to, że właściciel jako osoba fizyczna pracuje nad pomnożeniem swojego majątku, z myślą o tym, aby przekazać go swoim dzieciom, menedżer zaś pracuje po to, aby się dorobić.

Oczywiście, w tamtym czasie komuniści ze zgrozą odrzucili teorię konwergencji twierdząc (i słusznie), że kiedy nie ma prywatnego właściciela w postaci osoby fizycznej, czyli obrzydliwego kapitalisty i wyzyskiwacza, to wówczas taka prywatna własność osoby prawnej o rozproszonym kapitale i anonimowej własności, w praktyce jest własnością menedżerską, ponieważ menadżer jest w posiadaniu przez zarządzanie. „Zapominali” przy tym dodać, że w takim układzie odniesienia – przy jednak zdefiniowanej własności (państwowej) – również socjalistyczna kadra kierownicza, oparta na nomenklaturze złożonej z działaczy partii komunistycznej, była posiadaczem przez zarządzanie, dzięki czemu mogła ona z takiego stanu rzeczy czerpać określone profity1. Różnica polegała tylko na tym, że profity czerpane z zarządzania w ramach gospodarki planowej (i to jeszcze pod czujnym nadzorem partii komunistycznej i aparatu bezpieczeństwa) były wielokroć mniejsze i musiały być jak najbardziej starannie ukrywane – w przeciwieństwie do oszałamiających i nieukrywanych profitów kadry menadżerskiej w krajach zachodnich. Dopiero w czasach Gierka, w ramach hasła „aby Polska rosła w siłę a ludzie żyli dostatniej”, pojęcia takie, jak,,menedżer” czy „technokrata”, stały się, ku przerażeniu starych komunistów, kategoriami opisu – jak wtedy mówiono – „rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego” (czytaj: konsumpcyjnego), które miało być kopią zachodniego „społeczeństwa dobrobytu”.

Można więc powiedzieć, że w dobie Gierka zasada konwergencji znalazła praktyczne zastosowanie, aczkolwiek nikt się na nią wtedy nie powoływał. Istotą tej konwergencji było posiadanie przez zarządzanie nie-swoją własnością i czerpanie z tego znacznych osobistych korzyści, bez ponoszenia osobistego ryzyka za skutki własnej działalności. Obecnie takim udanym modelem konwergencji między systemem komunistycznym a kapitalizmem menedżerskim jest gospodarka chińska, gdzie tylko 1/3 przedsiębiorstw jest w posiadaniu osób fizycznych, reszta – jako przedsiębiorstwa państwowe – jest w posiadaniu (przez zarządzanie) ekip menedżerskich, prowadzących na wolnym rynku działalność gospodarczą w oparciu o logikę rachunku ekonomicznego, a nie centralnego planowania – oczywiście pod wysoką protekcją władzy politycznej.

Znane jest dość złośliwe twierdzenie, że różnica pomiędzy właścicielem a menedżerem polega na tym, że właściciel to człowiek, który przyniesie z domu do przedsiębiorstwa, menedżer zaś postąpi odwrotnie. Charakteryzuje ono też różnicę pomiędzy kapitalizmem właścicielskim a kapitalizmem menedżerskim. Nie chodzi tu oczywiście o żadne złodziejstwo, lecz o to, że w identycznej sytuacji właściciel odda własne dochody, jeśli tego wymaga interes jego przedsiębiorstwa, zaś menedżer dopóty dobrze pracuje, dopóki jest dobrze wynagradzany.

Pojawienie się grup wpływowego profesjonalnego managementu oraz rozproszonego kapitału i anonimowej własności nadaje inny sens i znaczenie klasycznej formule liberalnej na określenie relacji między państwem a rynkiem. Otóż, w myśl klasycznej definicji państwo polityczne winno być sługą i protektorem wolnego rynku, opartego na nienaruszalności własności prywatnej (własność prywatna jest prawem nienaruszalnym i świętym, jak czytamy w konstytucjach rewolucji francuskiej). Trzeba jednak pamiętać o tym, że w drugiej połowie XVIII wieku i w wieku XIX desygnatem empirycznym pojęcia „własność prywatna” była osoba fizyczna z jej majątkiem konsumpcyjnym bądź produkcyjnym. Również państwo polityczne funkcjonowało inaczej: do polityki „szli” ludzie, którzy mieli własne, niezależne i z reguły dość znaczne źródła utrzymania. Politykę uprawiano ze względów ambicjonalnych, była ona czymś podobnym do sportu amatorskiego, oczywiście o znacznie ważniejszych konsekwencjach. Natomiast sytuacja, w której ktoś z uprawiania polityki czyniłby sobie źródło utrzymania, była poza horyzontem ówczesnego myślenia. Również aksjomat liberałów, że człowiek jako osoba fizyczna sam najlepiej wie, a przynajmniej powinien wiedzieć, jak zadbać o swoją własność, ma inny sens i znaczenie w warunkach kapitału właścicielskiego, a inny w warunkach kapitału menedżerskiego.

Dla właściciela fizycznego jego własność prywatna ma charakter substancjalny i pokrywa się z klasyczną definicją własności prywatnej jako własności absolutnej, wykluczającej wszelkie roszczenia i ograniczenia; co więcej, taka własność jest podstawą wolności (,,jestem właścicielem siebie”, a nie niewolnikiem) i rozszerzeniem osobowości (niszcząc bądź krytykując cudzy stan posiadania nie uderzasz w przedmioty, lecz w osobę właściciela). Natomiast dla kadry zarządzającej własność – czy to państwowa, czy prywatna – jako własność nie-swoja, ma charakter czysto funkcjonalny. Albowiem własnością substancjalną stają się wtedy wszelkie dochody i gratyfikacje, jakie wynikają ze sprawowania funkcji w strukturach zarządzania nie-swoim. Bardziej obrazowo można taką relację określić jako używanie nie-swojej własności dla własnego wzbogacenia. I na tym chyba polega neoliberalizm.

Dobrą ilustracją konwergencji pomiędzy managementem politycznym (bo tak należy pojmować dzisiejszą „klasę polityczną”) a managementem ekonomicznym, mieszczącym się w formule współczesnego państwa demoliberalnego i współczesnej gospodarki rynkowej jest artykuł zamieszczony 29 I 2011 na portalu www.legitymizm.org pt. Zapatero przypuszcza kolejny atak na gospodarkę Hiszpanii. Jest to opowieść plus-minus o tym, jak żyjący z władzy i zarządzania politycy trzech głównych partii politycznych dogadali się z zarządcami kas oszczędnościowych o przekształceniu tych kas w banki pod groźbą nacjonalizacji owych kas. Autor owego tekstu wskazuje na to, że jest to operacja bardzo korzystna dla: polityków, którzy otrzymują dodatkowe synekury i możliwości uwłaszczenia się na cudzym; zarządców owych kas, którzy jako bankowcy otrzymają znacznie większe wynagrodzenia i wyższe emerytury; bankowców i doradców wielkich banków, którzy mogą przejąć zarówno odpowiedni segment rynku, jak i mienie owych kas. Czytając ten tekst trafiłem na pyszne określenie: „zarządcy kas wyzwolili się od zobowiązań”. Dalej autor pisze, że w klasycznym liberalizmie nieefektywnym podmiotom gospodarczym pozwolono by upaść, zamiast sztucznie podtrzymywać je przy życiu; byłoby tak i w tym wypadku, gdyby,,kasy” posiadały prywatnych właścicieli w postaci osób fizycznych, jednak prywatny właściciel jako osoba fizyczna zrobiłby wszystko, aby do tego nie dopuścić. Inaczej przedstawia się sytuacja, gdy mamy do czynienia z posiadaniem przez zarządzanie.

Autor artykułu, aby uzasadnić swoje racje, odwołuje się do takich imponderabiliów jak: sprawiedliwość, Hiszpania (w rozumieniu „ojczyzna”, a nie „ten kraj”), Hiszpanie (w rozumieniu „współrodacy i współobywatele”, a nie tylko „mieszkańcy tego kraju”) oraz do tak ważnej wartości dobra wspólnego, jak przeciwdziałanie wyzyskowi, nie zauważając jednak, że odwołuje się do paradygmatu aksjologicznego i politycznego, jaki powstał w wieku XIX i był obecny w myśleniu i działaniu znacznej części wieku XX. Tymczasem, współczesna lewica, która teraz rządzi w Hiszpanii (jak i chyba cała lewica) zakwestionowała swój najważniejszy aksjomat, który dotychczas legitymizował jej rację bytu, czyli właśnie walkę z wyzyskiem ekonomicznym. Obecnie bowiem lewica, uzasadniając swoją rolę i funkcję w życiu publicznym, nie odwołuje się do imperatywu walki z wyzyskiem, lecz do imperatywu walki z opresją, której źródłem mają być tradycyjne normy i wartości. Dostrzega to zresztą również autor artykułu.

Metapolityczne przyczyny dekonstrukcji dawnego paradygmatu lewicy dobrze oddaje następujące zdanie zawarte w tym artykule: „Kasy oszczędności, które się obecnie likwiduje, zostały stworzone przez Kościół i inicjatywy regionalne, aby zapobiec wyzyskowi”. Otóż, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że pojęcie wyzysku jako zła moralnego mogło być sformułowane tylko w oparciu o ewangeliczne przesłanie Kazania na górze, tudzież opowieści o Łazarzu oraz paraboli o wielbłądzie i uchu igielnym; jednym słowem – w oparciu o zasady wynikające z wiary chrześcijańskiej. Dlatego też zawzięta i bezlitosna walka nie tylko z Kościołem, lecz również z wiarą chrześcijańską w wymiarze społecznym, jest jednocześnie walką przeciw uznaniu,,wyzysku” za zło moralne.

W doktrynie liberalnej pojęcie to przestaje mieć jakieś konkretne znaczenie, bo jeśli istnieje rynek ludzkiej pracy, oparty na wolności zawierania umów, zaś praca ludzka jest towarem, a cenę towaru ustala prawo popytu i podaży, to pojęcie,,wyzysku” nie ma żadnego sensu – towar ma taką cenę po jakiej się sprzedaje. Natomiast w doktrynach lewicowo-liberalnych, złem nie jest „wyzysk”, lecz stosowanie „przemocy” – chodzi oczywiście o „przemoc” wobec grup, które lewica uznaje za ofiary opresji kulturowej czy obyczajowej, a nie dotyczy to wrogów desygnowanych przez lewicę. „Wyzysk” jakby przestał istnieć, a jego nieistnienie wpisuje się w szerszy paradygmat światopoglądowy, mianowicie taki, że „błogosławieni są bogaci tego świata” (bo innego nie będzie), a jeśli ktoś jest biedny, to jest przecież wolny, i widocznie bieda jest jego wolnym wyborem (noclegownie dla bezdomnych są pełne wolnych ludzi). W takim układzie odniesienia chrześcijaństwo, ze swoją nauką społeczną jest takim samym zagrożeniem dla porządku demoliberalnego, jakim kiedyś było dla struktur władzy i własności w imperium rzymskim. Przywraca bowiem każdemu człowiekowi godność osoby, unieważniając podział na elity, syte, zamożne i zadowolone z siebie klasy średnie, i uprzedmiotowione zasoby siły roboczej o określonej wartości kapitałowej. Odrzuca również podział na tych lepszych, którzy rządzą i z rządzenia żyją, i tych gorszych, spełniających rolę zasobów siły roboczej w postaci nisko opłacanego i niepewnego jutra salatariatu. Nauki chrześcijańskiej w tym obszarze nie należy mylić z marksizmem, ponieważ w marksizmie mówi się o walce klasowej i rewolucji w imię tzw. sprawiedliwości społecznej, natomiast w wywiedzionej z Ewangelii nauce społecznej Kościoła mówi się o prawie do godności dla każdego (oczywiście z poszanowaniem jego własności), a uprzedmiotowienie (postrzeganie osoby ludzkiej jako zasobu siły roboczej) jest pozbawieniem człowieka godności osoby. Wiara chrześcijańska nakłada również moralny obowiązek (miłość bliźniego) troski o los bliźniego, jako jednego z warunków dostępu do zbawienia i uniknięcia potępienia. Tymczasem, w liberalizmie człowiek winien miłować przede wszystkim siebie samego. Egoizm połączony z chciwością, bezwzględność i poczucie bezkarności, utożsamianej z wolnością, brak ograniczeń etyczno-moralnych – to naczelne,,cnoty” współczesnego liberalizmu. Jest to szczególnie widoczne w segmentach menedżerskich instytucji finansowych.

W świetle powyższego, obecna polityka hiszpańskiej klasy politycznej i rządców ekonomicznych w pełni mieści się w logice własności funkcjonalnej i dominującej lewicowej narracji politycznej.

Warto też zwrócić uwagę na inne aspekty różnicujące klasyczny marksizm od współczesnego liberalizmu gospodarczego, połączonego z ideologią współczesnej lewicowości. Jest to, po pierwsze, zagadnienie „klas posiadających”. Dla Marksa i jego wyznawców, zgodnie z powszechnym doświadczeniem tej epoki, kapitalistą była osoba prywatna, posiadająca własne – a więc prywatne – środki produkcji, natomiast „klasy rządzące” były niejako na usługach „klas posiadających”, co zresztą świetnie korespondowało z doktryną liberalną, w opisie relacji pomiędzy wolnym rynkiem a państwem. Obecnie „klasy rządzące” są jednocześnie „klasami posiadającymi” – czy to władzę polityczną, czy ekonomiczną – zaś przepływ między sferą władzy politycznej a ekonomicznej jest dość znaczny. Na przykład w Polsce p. Ewa Lewicka, jako polityk w rządzie AWS i Unii Wolności była „mózgiem” reformy emerytalnej, w której wyniku cześć składek (7,3%) miała zostać przesunięta do tzw. Otwartych Funduszy Emerytalnych; następnie, po skończeniu kadencji politycznej zastała prezesem Izby Gospodarczej tychże Otwartych Funduszy Emerytalnych. Przykłady takich transferów ludzi można by mnożyć, zauważmy jednak tylko, że ich kariery i dochody są zawsze związane z jedną jakością, a mianowicie z posiadaniem przez zarządzanie. Czyli używaniem cudzej własności dla własnego wzbogacenia.

Przykładem takiej działalności, analogicznym do hiszpańskiego, są relacje między emerytalnym systemem ubezpieczeń społecznych a otwartymi funduszami emerytalnymi. Otóż, system ubezpieczeń społecznych zastał stworzony przez – było, nie było – konserwatystę, Ottona von Bismarcka. Idea tego systemu wynikała z pojmowania narodu jako związku pokoleń przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, związanych wspólnotą języka, kultury, tradycji i przyszłości, zaś więzią materialną wspólnoty miało być posiadanie ojczyzny rozumianej jako wspólna ojcowizna. Stąd też przyjmowano założenie, że pokolenia rodziców przekazują ojczyznę/ojcowiznę swoim dzieciom, dzieci zaś z kolei, już jako osoby dorosłe, spłacały rodzicom uzyskane dziedzictwo i powoływały na świat nowe pokolenie, któremu zapewniały odpowiednie wychowanie i wykształcenie, pomnażając odziedziczony dorobek, aby go przekazać swoim dorosłym już następcom. Tak funkcjonowała wspólnota pokoleń, poręczona siłą, prawem i obyczajem całego narodu (pojęcie „ubezpieczenie społeczne” nie było wtedy w użyciu).

O sile tego poręczenia może świadczyć fakt, że wolna II Rzeczpospolita przyjęła na siebie zobowiązania państw zaborczych w tej materii, później zaś (po roku 1945) nawet komuniści uszanowali zobowiązania „państwa burżuazyjnego”. Taki stan rzeczy trwał do połowy lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to ekipa Gierka przejęła fundusze emerytalne (jak później tłumaczyli to komuniści, po to, aby zainwestować je w przemysł), gdy zaś do władzy doszli liberałowie, przemysł został sprzedany. I chociaż część wpływów z tzw. prywatyzacji miała zasilić fundusz ubezpieczeń społecznych, tak się nigdy nie stało. Powstały natomiast Otwarte Fundusze Emerytalne, do których przepływać miała pewna część składek z obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. Są to gigantyczne sumy, sięgające setek milionów czy nawet miliardów złotych, szacunki są różne, zresztą nie o wielkość tej kwoty chodzi, lecz o mechanizm przepływu i bogacenia. Albowiem do tych sum,,dorwały” się ekipy posiadania przez zarządzanie, otwierając dla siebie nowe, niewyobrażalne dotąd, możliwości własnego bogacenia się przez wykorzystanie nie-swojego stanu posiadania. Należy przy tym wskazać, że źródłem dochodów są opłaty od składek (sięgające pierwotnie 10%) i prowizje od zarządzania. Rozważano nawet możliwości wyprowadzania tych pieniędzy przez zakup aktywów na rynkach zagranicznych, co z kolei dawałoby do nich dostęp innym potentatom. Żeby jednak takie transfery były możliwe, musi zadziałać ten sam mechanizm, jaki był opisywany przez autora hiszpańskiego, a mianowicie porozumienie, akceptacja i współdziałanie dwóch grup zarządców: menedżerów (a raczej „macherów”) od zarządzania politycznego i menedżerów od zarządzania ekonomicznymi podmiotami prawa prywatnego.

W Polsce wygląda to w ten sposób, że władza polityczna, poprzez przymus prawny zmusza składkowiczów emerytalnych – oczywiście dla „dobra” ich przyszłej emerytury za lat trzydzieści czy czterdzieści – do wyboru jednego z funduszy emerytalnych (podmiot prawa prywatnego). Jeśli jednak ktoś nie decyduje się na taki wybór, wówczas jego przynależność do funduszu zostaje określona przez losowanie. Tak czy inaczej, stosowany jest przymus w oparciu o „propozycję nie do odrzucenia”: albo ty wybierzesz, albo ciebie wybiorą. Sytuacja jest identyczna do tej, o jakiej śpiewała pewna aktorka w niegdysiejszym programie kabaretowym Spotkania z balladą, „że zaczyna się więc dramat – czy dać podrzeć, czy zdjąć sama”. Jednak, o ile w owej sytuacji nikomu nie przyszłoby do głowy nazwać taki „wybór” umową, to w sytuacji OFE jest on tak właśnie nazwany, i do tego nie wiadomo czy jest to umowa prywatna czy społeczna (pomijam już fakt, że w klasycznym liberalizmie, pod pojęciem „własność prywatna” rozumie się własność wyłączną, a nie podzieloną).

Inną zbieżnością sytuacyjną (tym razem konfliktową) jest relacja pomiędzy managementem sektora prywatnego na rynku finansowym a sektorem politycznym związanym z zarządzaniem finansami publicznymi. Narracja tego konfliktu wygląda następująco. Ministrowi finansów zabrakło pieniędzy, narasta dług publiczny, rosną również wydatki wynikające z wysokiego oprocentowania obligacji państwowych, i państwo jest na skraju katastrofy finansowej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest składka do OFE, przez co narasta luka między zobowiązaniem finansowym państwa wobec obecnych pokoleń poprodukcyjnych a możliwością ich zaspokojenia, ponieważ część składek jest odprowadzana do OFE. W rezultacie jest to – jak to ujął Jan Krzysztof Bielecki – „ciągnięcie długu na rzecz składki”. W takiej sytuacji rząd ma dwa wyjścia do wyboru: albo obciąć świadczenia obecnym świadczeniobiorcom i zachować wpłaty do OFE, albo przejąć dużą część tych składek na rzecz ubezpieczeń społecznych, z gwarancją państwową późniejszych świadczeń.

I tu pojawia się – ni to polityczna, ni to ekonomiczna – argumentacja b. wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza. Jej sens jest mniej więcej taki, że dla dobra przyszłych emerytów za lat trzydzieści i czterdzieści, czyli po roku 2040 i dalej, należy bezwzględnie w ramach „umowy prywatno-społecznej” wpłacać na rzecz OFE rokrocznie kilkaset milionów złotych, zaś wszelkie próby ograniczania transferu są naruszeniem takiej umowy. Zarządy funduszy zaczęły więc prowadzić intensywną kampanię pod hasłem: „ręce precz od naszych pieniędzy” – zapominając oczywiście dodać, że mają to być pieniądze w postaci świadczeń „za trzydzieści parę lat, jak dobrze pójdzie”, a gwarantem korzyści, jakie mają być udziałem przyszłych świadczeniobiorców, ma być nie „jakieś tam państwo”, czyli „puste obietnice polityków”, jak twierdzi L. Balcerowicz (czyżby patrzył w lustro?), ale sam „akwizytor Bogdan” z reklamy funduszy emerytalnych sprzed dziesięciu lat.

Odwołując się do przykładu mojej własnej rodziny, mogę przedstawić wiarygodność zapewnień funduszy OFE. Otóż, mój starszy syn ma lat 37, młodszy 26. Starszy będzie więc mógł sprawdzić wiarygodność obietnicy za lat trzydzieści, a młodszy za lat czterdzieści. To jest mniej więcej tak, jakby co do wysokości mojej obecnej emerytury wypowiadał się gen. Wojciech Jaruzelski w dobie stanu wojennego (jeśli chodzi o starszego syna), a Edward Gierek w okolicach wydarzeń w Radomiu i Ursusie (jeśli chodzi o młodszego). Dzisiaj co do fruktów przyszłych korzyści z OFE dla moich synów wypowiadają się: Leszek Balcerowicz (lat 64) i p. Ewa Lewicka (dama pod sześćdziesiątkę), oczywiście w zamian za składki od zaraz. Ponieważ problem luki pozostaje, a p. Leszek Balcerowicz nie śmie zaproponować najprostszego rozwiązania, czyli obciąć świadczenia obecnym i przekazywać składki do OFE gdzie fachowy management zajmie się zarządzaniem funduszami, oczywiście kierując się wyłącznie „dobrem” ludzi w wieku moich synów2. W miejsce tak prostego rozwiązania, p. Balcerowicz proponuje trzeci plan własnego pomysłu. Jego główne punkty są następujące:

1) Przyspieszenie prywatyzacji (nawet przez „przepaństwowienie” – jedno państwo sprzedaje swoje przedsiębiorstwa drugiemu państwu; nie wiedzieć czemu, nazywa to prywatyzacją);

2) podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat;

3) ujednolicenie systemu emerytalnego, włącznie z emeryturami wojskowymi i górniczymi;

4) dalsze zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych, zwiększające podaż pracy, np. likwidację „becikowego” oraz kolejne obniżenie zasiłku pogrzebowego;

5) likwidacja lub ograniczenie ulg podatkowych, np. modyfikacja ulgi prorodzinnej i likwidacja ulgi za Internet. (Informacje za: K. Ostrowska, Profesor Balcerowicz krytykuje rządowe programy zmian w OFE, www.rp.pl, 26-01-2011.)

Warto jednak pamiętać o tym, że po pierwszym „planie Balcerowicza” (którego rdzeniem były wymuszone bankructwa), przeprowadzonym niestety pod osłoną chrześcijańskiego zawiązku zawodowego, miliony ludzi znalazły się bez środków do życia, niemal cały system bankowy znalazł się w gestii obcego kapitału, a znaczna część potencjału produkcyjnego uległa nie tylko obcemu, lecz również wrogiemu przejęciu. Zaś podczas drugiego ministerium Balcerowicza, również z poparciem chrześcijańskiego związku zawodowego, jego działalność ekonomiczna doprowadziła do takiej katastrofy wyborczej, że dwa ugrupowania polityczne, które wtedy rządziły krajem, przestały istnieć, chociaż – jak ujął to ówczesny premier – po przeprowadzeniu reform można przegrać wybory. I miał rację, albowiem (jak twierdzą współcześni neoliberałowie) państwo polityczne nie jest po to, aby służyć ludowi, lecz po to, aby służyć rynkowi i samo zostać „urynkowione”. Oczywiście managementowi politycznemu nic się nie stało, część znalazła zatrudnienie w sektorze ekonomicznym, część zaś przebrała się w inne kostiumy polityczne. Czyli, po przeprowadzeniu reform i przegraniu wyborów autorzy owych zmian wycofali się na z góry upatrzone i dość intratne pozycje, zaś lud pozostał z reformami i dodatkowymi obciążeniami (koszty reform), uzyskując jedynie „zyski ujemne” – jakby to może powiedział jeden z klasyków współczesnej polskiej „myśli politycznej”.

O tym, do jakich konsekwencji społecznych doprowadziłby trzeci plan Balcerowicza, wolę nie myśleć. Możliwe jest, że słownik pojęć politycznych wzbogaciłby się o nowe pojęcie: eutanazja ekonomiczna. Za zapowiedź takiego stanu rzeczy można uznać słowa posłanki Platformy Obywatelskiej, p. Joanny Muchy o tym, co należy czynić z osobami, które z racji wieku nie są w stanie generować zysków na rynku pracy i nie są na tyle zamożne, aby pokryć z własnych funduszy koszty leczenia. Oczywiście, tego typu wypowiedź spotkała się z negatywną reakcją jej środowiska politycznego, albowiem nieszczęsna, chociaż piękna, posłanka popełniła błąd polegający na pomyleniu kwalifikacji, ponieważ we współczesnych arcanae imperii należy myśleć i postępować w kategoriach logiki ekonomicznej i wynikających stąd korzyści dla managementu, natomiast ludowi należy mówić tylko to, co pomnaża kapitał polityczny i ma przełożenie na wyniki wyborów. A już najlepiej jest jak lud w ogóle nie wtrąca się do polityki, szczególnie w czasie wyborów, i słusznie – jeszcze by nie dość oświecony lud wybrał nie tych, co trzeba, i narobił kłopotów ludziom „rozumnym i przyzwoitym”.

Dobrym przykładem zastępowania racjonalności politycznej, obliczonej na realizację dobra wspólnego, interesami grup managementu sektora bankowego są propozycje Leszka Balcerowicza i jego stowarzyszenia o nazwie: Forum Obywatelskiego Rozwoju, co do dalszej przyszłości OFE. Są to m.in.:,,…zniesienie opłaty od składki pobieranej przez OFE, zniesienie obowiązujących opłat na rzecz ZUS i Rzecznika Ubezpieczonych. Można także rozważyć powierzenie zarządzania OFE towarzystwom funduszy inwestycyjnych, a nie jedynie powszechnym towarzystwom emerytalnym. Zwłaszcza, że PTE i TFI działają często w tych samych grupach, a umożliwienie tego TFI pozwoli zaoszczędzić 15-20 procent na kosztach operacyjnych. Inne propozycje to dopasowanie struktury portfela inwestycyjnego OFE do wieku uczestników i zewnętrznej benchmarki” (za: K. Ostrowska, dz. cyt.).

Można stąd wyciągnąć wniosek, że grupy ekonomicznego establishmentu (zarządców będących w posiadaniu owych funduszy przez zarządzanie) są w swoich obecnych składach personalnych nierozliczalne – „wyzwolone od zobowiązań”, zaś za trzydzieści lat i p. Leszek Balcerowicz, i p. Ewa Lewicka, i p. Andrzej Rżońca (członek Rady Polityki Pieniężnej – organu władzy państwowej – a zarazem współpracownik Forum Obywatelskiej Aktywności – podmiot prywatny), jako pomysłodawcy tych propozycji, będą prawdopodobnie poza zasięgiem wszelkich rozliczeń. Zresztą, działają w ramach prawa i poprzez prawo, które uprzednio, jako management polityczny, sami sobie ustanowili. Tak czy inaczej, przed nimi co najmniej trzydzieści lat bezpiecznego zarządzania i bogacenia się bez rozliczenia. Oczywiście, w tym czasie nastąpi całkowita rotacja pokoleń, i pokolenie, które stanie przed koniecznością rozliczenia, będzie mogło – i słusznie – powiedzieć, że rozliczyć się mogą tylko z tego, co sami odziedziczyli. A czy jest to majątek pomnożony czy uszczuplony, i czy w ogóle jeszcze istnieje, to inna sprawa.

Dobrym przykładem nierozliczalności managementu osób prawnych jest przypadek opisywany w artykule zamieszczonym na portalu www.forsa.pl Upadek Lehman Brothers. Likwidatorzy, prawnicy i doradcy zarobili miliony na bankructwie banku. Można tam przeczytać m.in.:,,Spektakularny upadek Lehman Brothers okazał się dla likwidatorów, prawników i doradców szansą zbicia fortuny. Firma Alvarez&Marsal LLC, przeprowadzająca upadłość bankruta, w ciągu 18 miesięcy zgarnęła dzięki Lehmanowi 262,2 mln dolarów. W sumie Lehman wypłacił już 731 mln dolarów wszystkim swoim doradcom. (…) Lehman wypłaca «zza grobu» milionowe honoraria, wierzyciele nie protestują”. W tym kontekście można postawić pytanie: a co stało się z majątkiem managementu, który do bankructwa doprowadził? Czy majątki osób fizycznych kadry zarządzającej również wchodzą w skład mienia bankruta, tak jak byłoby, gdyby bank był w dalszym ciągu własnością prywatną rodziny Lehmanów? Gdzieś przemknęła mi też informacja, że do aktywów zbankrutowanego banku wchodziły również pieniądze funduszy emerytalnych. Jaki zatem był los emerytów pobierających świadczenia z tych funduszy? Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych ubezpieczenia emerytalne są całkowicie dobrowolne, i jak ktoś chce może się w ogóle nie ubezpieczać. Tymczasem w Polsce, zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, pieniądze zgromadzone w OFE nie są własnością obywatela, lecz państwa, i wobec tego obywatel nie ma prawa wycofać ich z OFE.

Mamy więc do czynienia z sytuacją kuriozalną: państwo wymusza na obywatelach przekazywanie ich własnych pieniędzy na rzecz podmiotów prawa prywatnego, co więcej – podmioty prawa prywatnego mogą zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego decyzje państwa o zmianie reguł wysokości tego typu transferów jako naruszenie umowy. W takim kontekście pojawia się pytanie czyją własnością substancjalną są owe fundusze? Bo ani obywatel nie może wycofać tych pieniędzy (a przekazać je musi), bo są państwowe, ani państwo nie ma do nich dostępu ze względu na umowę. Odpowiedź jest prosta jak konstrukcja cepa: pieniądze są w posiadaniu przez zarządzanie nie-swoją własnością grup managementu ekonomicznego, który zarządza tymi kwotami na takiej samej zasadzie odpowiedzialności, jak management Lehman Brothers. Co prawda, zarządcy funduszy zapewniają, że aktywa w postaci wysoko oprocentowanych obligacji państwowych są gwarancją bezpieczeństwa wpłat i zysków, ponieważ do wykupu tych obligacji zobowiązane jest państwo; co więcej, w posiadaniu tych obligacji są również podmioty zagraniczne – w tym rządy obcych państw – i są to podmioty na tyle silne, że są w stanie wyegzekwować kwoty wynikające ze zobowiązań. Jednak w takim układzie odniesienia nie można wykluczyć i takiego rozwoju sytuacji, że rząd, aby wypełnić swoje zobowiązania wobec OFE, weźmie sobie z ZUS, przez co OFE wywiąże się ze swoich zobowiązań, natomiast skurczą się emerytury z ZUS. Tak czy inaczej, jedynym pewnym beneficjentem OFE jest i będzie management tych funduszy, ponieważ istota rzeczy nie polega na tym kto i ile pieniędzy otrzyma w postaci świadczeń za lat trzydzieści, lecz kto tymi sumami będzie zarządzał obecnie i przez najbliższe dziesięciolecia, i jakie z tego będzie miał profity.

Pojawia się więc pytanie, jaką rolę polityczną odgrywają grupy ekonomicznego managementu i odwrotnie – jaką rolę w ekonomii odgrywają grupy managementu politycznego. Zauważmy, że są to grupy, które przenikają się nawzajem, posiadają własny obraz świata i system wartości, określający ich sposób myślenia i postępowania, oraz posiadające własne narzędzia oddziaływania na sferę publiczną, z cechą konstytutywną dla tej grupy, jaką jest posiadanie przez zarządzanie własnością osób prawnych.

Dobrym opisem konwergencji, a nawet osmozy, obu managementów jest wywiad, jakiego reporterce serwisu wiadomości Wirtualnej Polski, Annie Kalocińskiej, dzielił dr Ryszard Kessler z Uniwersytetu Zielonogórskiego (Kulisy władzy Donalda Tuska). W świetle opinii dr. Kesslera, „obecnie polityka w całości sprowadza się do uprawiania marketingu”, dalej zaś czytamy, że „marketing polityczny jest narzędziem sprawnego pozyskiwania wyborców” i „może być i często jest świadomą manipulacją, kiedy zaspakajanie prawdziwych potrzeb ludzi zastępowane jest ich sztucznym kreowaniem”. Inaczej mówiąc, marketing polityczny polega na tym, aby wyborca (klient) kupił to, co polityk chce mu sprzedać, i zapłacił głosem w wyborach lub poparciem w sondażach, i to jeszcze w przekonaniu, że kupuje to, czego potrzebuje, oczywiście dopóki się nie rozczaruje.

Dalej zaś możemy wyczytać: „W roku 2001 po upadku koalicji AWS/UW, kiedy władzę przejęło SLD, umarł stary świat rozumienia polityki jako służby Polsce wyrażonej w obowiązku przeprowadzania reform, [raczej realizacji racji stanu wynikającej z jasno sformułowanego interesu narodowego – uwaga moja – W.M.]. Narodził się nowy, koncentrujący się na nowoczesnym, użytkowym uprawianiu polityki, nie gardzący miękkim populizmem”. To właśnie wtedy twórcy Platformy Obywatelskiej, zakładając partię „otwarcie przyznali, że ich celem jest skuteczne uprawianie polityki” – co oznacza stosowanie strategii marketingowych dla uzyskania władzy. Trzeba jednak pamiętać, że narzędzia uprawiania marketingu politycznego, jak i tworzenia obrazów postaci publicznych i partii politycznych (czarnego, jasnego, a nawet różowego piaru), są w znacznej mierze w posiadaniu prywatnych koncernów medialnych, te zaś działają w logice własnych wpływów i korzyści, tak więc można w tym wypadku mówić o zjawisku osmozy, miedzy kapitałem politycznym a kapitałem medialnym. W jednym i drugim wypadku kapitałem (wartością przynoszącą zyski) jest wpływ na wytwarzanie, manipulowanie i panowanie nad opinią publiczną, co z kolei ma przełożenie na masowe wybory polityczne mniej świadomych konsumentów na rynku usług politycznych. Każda partia chce mieć wpływ na opinię publiczną, a media mogą dostarczyć takich narzędzi pozyskiwania wpływów bądź nie.

W takim kontekście trzeba jasno stwierdzić, że stosowanie strategii marketingowych dla uzyskania władzy nie jest „skutecznym uprawianiem polityki”, lecz skutecznym osiąganiem własnych zysków i korzyści dla przedsiębiorstw działających na tym rynku. Partie polityczne stają się czymś w rodzaju przedsiębiorstw z misją wygrywania wyborów konsumenckich, dających dostęp do sceny lub areny politycznej, z najważniejszą wartością, jaką jest możliwość stanowienia praw, ich praktycznego wykonania oraz konsumpcji dochodów i możliwości, jaką daje sprawowanie stanowisk decyzyjnych. Wyborca w takiej relacji jest w znacznej mierze konsumentem „pustych obietnic”, jak to trafnie i szczerze ujął prof. Leszek Balcerowicz. Jednak takie wybory trudno nazwać wyborami politycznymi, aczkolwiek w systemie demokratycznym legalizują one sprawowanie władzy, bo przecież samo sprawowanie władzy nie ma służyć demosowi polis, lecz przede wszystkim służyć i spełniać oczekiwania wielkich podmiotów ekonomicznych. Należy zauważyć, że wygranie lub przegranie wyborów zawsze wiąże się z pytaniem, jak na to zareagują rynki, szczególnie finansowe, w oczekiwaniu czy przedsiębiorstwa usług politycznych spełnią w należyty sposób nadzieje dużych grup kapitałowych (głównie kapitału menedżerskiego). Dopiero w dalszej kolejności posiadacze władzy publicznej powinni zadowolić oczekiwania wszelkich grup lobbystycznych, szczególnie w dziedzinie obyczajowej czy kulturowej, i wielkich grup zawodowych, reprezentowanych przez silne związki zawodowe. Wszyscy pamiętamy, co stało się z drobnymi kupcami na Placu Defilad w Warszawie, za którymi nie stały ani silne związki zawodowe, ani znaczące grupy kapitałowe – jak byli gracko pałowani przez, a jakże, zwarte szeregi prywatnej agencji ochroniarskiej, wynajętej przez liberalną panią prezydent miasta stołecznego.

Co więcej, ten sposób sprawowania władzy publicznej ma odpowiedni zapis konstytucyjny, który brzmi:  ,,Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”; co oznacza, że przestrzeń życia publicznego jest areną gry różnorodnych interesów w ramach praw i instytucji mających umocowanie w konstytucji. I co najważniejsze, koncepcja państwa prawnego, z liberalnym dogmatem społeczeństwa prawa prywatnego, wyklucza pryncypium polityczne, jakim jest racja stanu. Państwo w takim układzie jest tylko jednym z podmiotów prawnych, również w wymiarze ekonomicznym, i co gorsza w znacznej mierze staje się podmiotem prawa prywatnego (pomijam tutaj fakt podległości państwa polskiego wobec instytucji prawnych ponadpaństwowych). W ten sposób państwo, onegdaj polityczne, traci już nie tylko suwerenność, lecz wręcz tożsamość polityczną. Przykładem utraty tej tożsamości i konwergencji managementów był proces, jaki państwu polskiemu wytoczyło Konsorcjum Eureko, i który państwo polskie przegrywało, toteż pojawiła się groźba, że na finanse publiczne będzie nałożona olbrzymia kontrybucja, tak jak po przegranej wojnie; kiedy zaś udało się obniżyć wysokość kontrybucji w ramach tzw. ugody, uznano to za sukces, uwaga! – polityczny. A gdzie argument ultima ratio, zdolność stosowania siły w warunkach zagrożenia interesu narodowego, jako jeden z istotnych czynników odróżniających sferę polityczną od sfery ekonomicznej?

Inną cechą konwergencji managementów jest zmiana zakresu pojęcia „prywatyzacja”. Aby uwyraźnić, na czym ona polega, można uciec się do następującego eksperymentu myślowego. Wyobraźmy sobie, że w Polsce panuje ustrój monarchiczny zgodny z postulatami Organizacji Monarchistów Polskich, tym samym zaś w kwestiach gospodarczych obowiązują zasady Manifestu Ekonomicznego OMP, gdzie czytamy m.in.:

1. Ani dobrobyt, ani własność prywatna, nie są sprzeczne ze słowem Bożym. Użytek robiony z własności określa wartość moralną człowieka. Gospodarka oparta na zasadach chrześcijańskich i prawie naturalnym może być tylko gospodarką liberalną.

2. Gospodarka Wielkiej Polski musi być w pełni wolnorynkową i prywatną. Każdy podmiot gospodarczy powinien ponosić ryzyko swoich działań: zbierać zyski albo ponosić straty.

Kontynuując ów eksperyment, dowiadujemy się, że łódzka elektrociepłownia w ramach prywatyzacji, czyli „przekształcania własności skarbu państwa we własność prywatną”, została sprzedana podmiotowi gospodarczemu, który jest Grupa Dalia, obecna w 38 krajach i zatrudniająca ponad 43 000 osób, osiągająca roczne dochody 5 mld euro. Głównym akcjonariuszem Grupy Dalia (spółki-matki Dalia SAS), posiadającym 66% akcji jest Veolia Environnement – spółka notowana na giełdach w Paryżu i Nowym Jorku. Drugim istotnym akcjonariuszem jest Electricité de France (34%). W skład Grupy Dalia w Polsce wchodzą: Dalia Poznań ZEC SA, Dalia Zielona Góra sp. z o.o. i Dalia Sopot sp. z o.o. Celowo podaję tak długi i zapewne nużący opis, aby zobrazować, czym jest grupa kapitałowa o rozproszonym kapitale i anonimowej własności, a nawet o trudnej do uchwycenia sieci powiązań i z trudnymi do wskazania ośrodkami strategicznej dyspozycji.

Przykłady takich „prywatyzacji” można by mnożyć. Pojawia się więc pytanie do hipotetycznego monarchy: czy jest w stanie wskazać prywatnych właścicieli takiego podmiotu, aczkolwiek podmiot działa tak, jakby chodziło o własność prywatną osób fizycznych?

Dawniej prywatyzacja kojarzyła się z uwłaszczeniem, szerokim upowszechnieniem własności prywatnej jako własności wyłącznej osób – coś w rodzaju uwłaszczenia chłopów w Królestwie Polskim w 1864 roku, lub też ze sprzedażą dóbr państwowych prywatnym nabywcom. Dziś, niestety, „prywatyzacja” to przepływ od własności publicznej do własności korporacyjnej. Lecz i tu i tam, powtórzę to raz jeszcze, nie ma fizycznej osoby właściciela. Z tym, że o ile jeszcze własność państwowa może być zdefiniowana, i winna służyć interesom publicznym bądź też tworzyć stabilne źródła utrzymania takich struktur państwa, jak armia, administracja, policja i wymiar sprawiedliwości, o tyle własność korporacyjna jest anonimowa i rozproszona, i służy tylko zyskom managementu tych korporacji. Co więcej, korporacje o charakterze międzynarodowym są suwerenne wobec władz państwowych państw pozbawionych polityczności. Jeśli zatem, jak czytamy w Manifeście Ekonomicznym OMP, „należy ustanowić zakaz ingerencji państwa w ekonomię”, to czy nie przeoczono ustanowienia zakazu sytuacji odwrotnej, to jest ingerencji i wywierania nacisku na władzę państwową przez korporacyjne i często ponadnarodowe podmioty ekonomiczne, które przecież nie kierują się racją stanu tego państwa? Można się też zastanawiać czy hipotetyczny, chrześcijański władca miałby suwerenną władzę polityczną, gdyby wszystkie porty, lotniska, lasy, jeziora, drogi królestwa, komunikacja medialna etc. były w posiadaniu podmiotów prawa prywatnego w postaci owych wielkich korporacji?

Puentując powyższe rozważania chciałbym przytoczyć opinię pewnego dziennikarza, pracownika opiniotwórczego medium, a jednocześnie ideologicznego zwolennika liberalizmu. Stwierdził on, co następuje: „Obecny rząd jako rząd liberalny zamiast prowadzić politykę zmierzającą do urynkowienia państwa ugiął się pod naciskiem silnych grup zawodowych, a to górników, a to hutników, a to rolników”. Temat funkcjonowania „państwa urynkowionego” zastawiam do odrębnych rozważań, tu starałem się jedynie opisać główną klasę społeczną takiego państwa – nazywaną obecnie „klasą średnią” – „młodych, wykształconych z wielkich miast”, znających języki, dla których korporacja, w której pracują jest jedyną ojczyzną, z która się identyfikują, a żarliwość takiej identyfikacji jest tym wyższa, im wyższe jest stanowisko i dochody uzyskane dzięki tej korporacji, nie licząc oczywiście poczucia przynależności do elity, prestiżu i możliwości prowadzenia elitarnego stylu życia.

Jest to oczywiście grupa wyobcowana, a jednocześnie dominująca w społeczeństwie, o cechach, jak kiedyś mówiono, „burżuazji kompradorskiej”. Grupa ta we własnym mniemaniu jest nośnikiem modernizacji i synonimem nowoczesności wobec – jak to w owej grupie jest nazywane – ciemnej, zacofanej, ksenofobicznej i klerykalnej, pozostałej części społeczeństwa, skazanej na bycie zasobem siły roboczej o określonej jakości. Siły roboczej, którą rynek ludzkiej pracy postrzega jako dobrą, gdy „zasób ludzki” wydajnie pracuje, tanio kosztuje i nie zgłasza roszczenia, kiedy kończy się opłacalność jego zatrudnienia. Zauważmy, że w takim świecie bez znaczenia jest nie tylko pojęcie narodu czy współobywatelstwa, lecz nawet państwa politycznego. Albowiem elity władzy, własności i polityki działają w zestawie takich pryncypiów jak: moralne jest to, co opłacalne; racjonalne jest to, co policzalne; realne jest to, co materialne, zaś rachunek ekonomiczny zastępuje rachunek sumienia. W takim układzie odniesienia „zasada polityczności” ustępuje miejsca „zasadzie ekonomiczności”. Wówczas rozważania o dobroci takich czy innych ustrojów politycznych stają się bez znaczenia, albowiem konwergencja znosi różnicę między ekonomią a polityką, rynkiem a terytorium, władzą publiczną a zarządzaniem zasobami ludzkimi, i wreszcie między podmiotem a przedmiotem.


1 Przypomina się tu anegdota opowiadana przez starszą familiantkę, która po wkroczeniu armii sowieckiej do Polski w latach 1944/45 spytała się oficera, który u nich kwaterował, na czym polega komunizm, na co usłyszała taką odpowiedź:  ,,Widzisz tego ZiS-a? Ten ZiS jest własnością wszystkich: twoją, moją i wszystkich innych ludzi, jest własnością społeczną, ale jeździć tym ZiS-em i nim rozporządzać mogę tylko ja”.

2 Śledząc debatę na temat korzyści z OFE dla emerytów, którzy są obecnie w wieku moich synów, mam wrażenie, że jestem świadkiem narodzenia się nowego rodzaju powieści, mianowicie economical fiction.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2024 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.