Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Zbrodnie przeciw pacyfizmowi

Zbrodnie przeciw pacyfizmowi

Adam Danek

Stosunek do Stanów Zjednoczonych Ameryki należy do problemów, z którymi (luźno pojęta) prawica zdecydowanie nie umie sobie poradzić. Przede wszystkim popełnia błąd polegający na mieszaniu ocen amerykańskiego wzorca kulturowego, politycznego bądź ekonomicznego z ocenami bieżącej polityki prowadzonej przez USA. Prowadzi to do paradoksów dwojakiego rodzaju. Z jednej strony, podziw dla gospodarczych osiągnięć Stanów lub tamtejszych rozwiązań ustrojowych prowadzi niektórych prawicowych publicystów do bezrefleksyjnego przytakiwania każdej bez wyjątku decyzji amerykańskich władz – bez względu na liczbę popełnianych przez nie błędów i stopień ich szkodliwości. Z drugiej strony, sprzeciw wobec małpowania wulgarnej amerykańskiej „kultury” politycznej i wypierania dziedzictwa kultury klasycznej przez rynsztokową amerykańską „kulturę” masową spycha innych prawicowców na pozycje totalnej kontestacji wszelkich dokonań USA, nawet tych, które prawicę powinny cieszyć. Pierwsi przypisują drugim mówienie językiem zachodnioeuropejskiego lewactwa, drudzy oskarżają pierwszych o sprzedanie dusz ojczyźnie lewicowego laicyzmu, lewicowych praw człowieka, lewicowego Novus Ordo Saeculorum i lewicowej poprawności politycznej (tak, tak, wszystkie te upiory wyhodowano w USA – a nie, na przykład, we Francji – skąd dopiero przybyły na Stary Kontynent). W niniejszym tekście chciałbym się skupić na jednym tylko z wielu przykładów opisywanego zjawiska. Otóż artykułowane przez część prawicy – moim zdaniem słusznie – obawy przed ekspansją amerykańskich odpadów kulturowych i przed motywowanym ideologicznie zbrojnym „eksportem demokracji” przez Stany przywodzą ich aż do imputowania Amerykanom przewin żywcem wyjętych ze słownika lewicy: „imperializmu” czy „zbrodni przeciw pokojowi” – to ostatnie w kontekście inwazji na Irak Saddama Husseina.

Absurdalna kategoria „zbrodni przeciw pokojowi” pojawiła się po raz pierwszy w praktyce w traktacie wersalskim z 1919 r., który przewidywał osądzenie cesarza Wilhelma II za I wojnę światową – tzn. nie za przestępstwa wojenne, lecz za samo wywołanie wojny (co zresztą było nieprawdą: wojnę wywołał wywiad wojskowy Serbii za poduszczeniem Rosji – ale wszak „historię piszą zwycięzcy”). Wprost wyrażono tę formułę w pakcie Brianda-Kelloga z 1928 r., gdzie za przestępstwo międzynarodowe uznano rozpoczęcie przez państwo wojny jako takie. W okresie międzywojennym propagowano nawet koncepcję „rozbrojenia moralnego”: poddania narodów Europy obowiązkowej indoktrynacji w duchu pacyfistycznym. W tamtym okresie ów utopijny projekt podjęło niewiele krajów, za to po II wojnie światowej prowadzenie wojen napastniczych uległo zupełnej kryminalizacji. Wiele osób, nie tylko sympatyków lewicy, bierze te arbitralne ustalenia za dobrą monetę, zapominając, że pacyfistyczne frazesy służyły w międzywojniu wyłącznie do usprawiedliwienia działań podejmowanych przez beneficjentów I wojny światowej w obronie własnych interesów, zwłaszcza dla uzasadnienia swego prawa do zatrzymania zdobyczy terytorialnych zabranych kajzerowskim Niemcom. Propagująca pacyfizm Wielka Brytania bez skrupułów zdławiła powstanie Kurdów gazami bojowymi i bombami z fosforem. Francja, jeszcze większa orędowniczka pacyfizmu, zbudowała największą i najlepiej uzbrojoną armię międzywojnia, z której zrobiła użytek, okupując militarnie zagłębie Ruhry, a wewnątrz państwa m.in. stłumiła zbrojnie zamieszki wywołane w 1934 r. na ulicach Paryża przez prawicę. Oba te kraje razem wzięte przebijał w pacyfistycznej propagandzie Związek Sowiecki z jego osławioną „walką o pokój” (bez komentarza). Fakty te dowodzą, że militarna agresja stanowi może skrajny, ale jednak naturalny środek prowadzenia przez państwo polityki, a (nie)pobożne życzenia i zaklęcia ideologów i tak nie zmienią tego faktu. „Pacyfizm jest ze swej istoty likwidacją państwa”, poucza Wilhelm Stapel (1882-1954), protagonista niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej. Jeśli każda agresja zbrojna automatycznie staje się zbrodnią, jako zbrodnie osądzić należy odsunięcie od władzy ludobójczego i ludożerczego (sic!) dyktatora Środkowej Afryki Jana Bokassy, obalonego w wyniku interwencji wojsk obcego państwa (Francji). Absurd „zbrodni przeciw pokojowi” musieli zauważyć nawet jej ideolodzy. Obowiązujący od 2002 r. statut Międzynarodowego Trybunału Karnego do przestępstw podlegających jurysdykcji tego quasi-sądu zalicza „zbrodnię agresji”, jednak już po jego wejściu w życie stosowne przepisy zostały zawieszone, ponieważ nagle zorientowano się, że w całym prawie międzynarodowym nie ma definicji agresji. Przywilej decydowania, która wojna jest legalna, a która nie przypisuje sobie ONZ – instytucja obdarzona najwyższym autorytetem… w oczach lewej części świata. Eksperci od stosunków międzynarodowych piszą o postępującej marginalizacji ONZ; pozostaje życzyć sobie i światu owocnej kontynuacji tego procesu.

Jeszcze jedno: ideologiczni przeciwnicy wojny jako takiej argumentują niekiedy, iż zabraniają jej zasady chrześcijańskie. Mylą się, oczywiście. Nie gdzie indziej, jak w Piśmie Świętym Bóg nosi tytuł Sabaoth, Pana Zastępów, to jest wojsk niebieskich – ten sam Bóg, który prowadził przeciw nieprzyjaciołom żołnierzy Abrahama, Saula, Dawida, Judy Młota (Machabeusza) i innych biblijnych wodzów. „Błogosławiony Pan – opoka moja, / On moje ręce zaprawia do walki, / Moje palce do wojny.” – wielbi Go Psalm 144, zwany „modlitwą króla za naród”. To Stary Testament, lecz i w Nowym Testamencie pisze św. Paweł, że każdy władca „nie na próżno nosi miecz” (Rz 13,1-4). Średniowieczni teolodzy, jak św. Tomasz z Akwinu czy w Polsce Stanisław ze Skarbimierza, rozwinęli szczegółową naukę o wojnie sprawiedliwej (bellum iustum) – także napastniczej! – w której pobożny chrześcijanin ma obowiązek wziąć udział. Pacyfizm? Włoski monarchista-nacjonalista Henryk Corradini (1865-1931) powiada: „Wojna jest w militaryzmie i pacyfizmie, jest w sile i słabości, jest w odwadze i tchórzostwie, jest w barbarzyństwie i jest w cywilizacji, bowiem jest ona w rodzaju ludzkim”. Pacyfizm jest niemożliwy do realizacji, bo niezgodny z ludzką naturą, o czym dobitnie świadczą walki uliczne wszczynane w latach sześćdziesiątych na Zachodzie przez… młodzieżowych pacyfistów.

Wracając zaś do tej wstrętnej, nie-pacyfistycznej Ameryki, trudno ją potępiać za likwidację rządów obłąkanego socjalistycznego ludobójcy. Można się najwyżej dziwić: w końcu jeszcze w latach osiemdziesiątych USA popierały laicką dyktaturę Saddama jako zaporę dla „rewolucji islamskiej”, za której główny rozsadnik uchodził Iran. Natomiast próbę implementowania demokracji w kręgu kultury arabskiej uznać wypada za głupotę absolutną. Zwłaszcza, że po obaleniu socjalistycznej tyranii Saddama swoje prawa do irackiego tronu przypomnieli ludziom Busha Haszymidzi – dynastia panująca Iraku, licząca ponad tysiąc lat (sic!), a wedle rodowych kronik wywodząca się od pradziada Mahometa. Amerykańscy „eksporterzy demokracji” zignorowali prawowitych dziedziców tronu Iraku i jako monarchista mam do nich o to żal – a jednak nie usiłuję ich ogłaszać zbrodniarzami przeciw Boskiemu prawu królów.

Inny fakt związany z operacją iracką, który może i powinien wywoływać zdumienie, to zupełna nieprzystawalność agresji na Irak do amerykańskiej racji stanu. Lewicowe brednie o zyskach z ropy proszę włożyć między bajki razem z filmem „Fahrenheit 9/11”: w Iraku wydobywa się co roku kilka milionów ton ropy naftowej, zaś zapotrzebowanie amerykańskiej gospodarki na ropę wynosi ok. miliarda ton rocznie. Na inwazji i okupacji Iraku Stany zyskały wyłącznie: trudniejszą sytuację polityczną, recesję gospodarczą, zniszczenie kosztownego sprzętu wojskowego, śmierć własnych żołnierzy. Słowem, same straty, nie licząc globalnej kampanii nienawiści zorganizowanej przeciw nim przez ogólnoświatowe lewactwo. Atak USA na Irak leży za to w jak najbardziej namacalnym interesie innego państwa Bliskiego Wschodu, dla którego Saddam zawsze stanowił zagrożenie. Nie napiszę, o jakie państwo chodzi, żeby nie być oskarżonym o antysemityzm jak konserwatywny partyzant amerykańskiej polityki, Patryk J. Buchanan (ur. 1938), kiedy oświadczył sarkastycznie, że Waszyngton to terytorium znajdujące się pod okupacją Izraela. To nie kto inny, jak proizraelscy neokonserwatyści sformułowali (jeszcze na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych) koncepcję prewencyjnego uderzenia na Irak – i oni też ją niedawno zrealizowali. Ta grupa amerykańskich (niektórzy pochodzą z Polski) polityków, sterujących polityką zagraniczną USA przy niewielkim współudziale prezydenta Busha, raczej nie posiada klarownych poglądów poza jedną kwestią – jak wyraził się wybitny paleokonserwatysta Russell Kirk (1918-1994): „Nierzadko można odnieść wrażenie, że niektórzy wybitni neokonserwatyści uważają Tel Awiw za stolicę Stanów Zjednoczonych”.

Ale to już materiał na osobną opowieść.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.