Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Żydzi oświeceni

Żydzi oświeceni

Adam Tomasz Witczak

Teodor Jeske-Choiński (1854-1920) to postać dziś nieco zapomniana, choć w swoim czasie był wziętym pisarzem i publicystą obozu konserwatywnego. Jego artykuły drukowano m.in. na łamach „Słowa”, „Wieku” i „Roli”, redagował także pisma „Wędrowiec” i „Kronika Powszechna” oraz Bibliotekę Dzieł Wyborowych – serię wydawniczą przedstawiającą wybitne dzieła prozy rodzimej i obcej. Pisywał powieści, dramaty i nowele, zarówno historyczne, jak i współczesne. Z upodobaniem sięgał przy tym do starożytnego Rzymu, czego wyrazem były „Gasnące słońce” i „Ostatni Rzymianie” – dzieła, których akcja toczy się odpowiednio w czasach Marka Aureliusza i Teodozjusza Wielkiego. W powieści „Tiara i korona” podjął się analizy średniowiecznego konfliktu między cesarstwem a papiestwem, zaś Rewolucję Francuską skrytykował z pozycji reakcyjnych w trylogii „Błyskawice”, „Jakobini”, „Terror”. Ten ostatni wątek omówił także w dziełku „Psychologia Rewolucyi Francuskiej”, wydanym w 1906 r. Modne trendy swojej własnej epoki atakował m.in. w książkach i broszurach „Na schyłku wieku”, „Rozkład w życiu i literaturze” oraz „Dekadentyzm”. Uchodził powszechnie za pesymistycznego, klerykalnego konserwatystę – a także za nieprzejednanego antysemitę.

Żydom poświęcił Jeske-Choiński liczne publikacje, wśród nich można wymienić takie tytuły, jak „Historia Żydów w Polsce”, „Poznaj Żyda” czy „Neofici polscy”. W 1910 roku, nakładem warszawskiej drukarni L. Bilińskiego i W. Maślankiewicza, ukazała się praca pt. „Żydzi oświeceni”. Autor postawił sobie za cel omówienie procesu emancypacji Żydów w drugiej połowie wieku XVIII i w wieku XIX. Dokonał tego na nieco ponad 80 stronach, nie poprzestając oczywiście na suchym opisie, a wręcz przeciwnie – wplatając w tekst wiele własnych ocen, bardzo wyrazistych i niejednokrotnie radykalnych. Szlachetne oburzenie Jeske-Choińskiego na niecne praktyki synów Izraela może dziś wydawać się nazbyt pompatyczne, a chwilami nawet zabawne, zwłaszcza, że wyrażone jest staroświeckim stylem. Nie umniejsza to jednak wagi jego książki – po pierwsze: ma ona wartość samą w sobie, jako ciekawa analiza pewnych procesów historycznych, po drugie: jest istotna jako materiał do badań nad stosunkiem Polaków do Żydów, jako dokument z archiwum polskiego antysemityzmu.

Opowieść Jeske-Choińskiego zaczyna się w wieku XV. Autor twierdzi, że żydowska kultura i nauka uległa wówczas regresowi. Czytamy: Długa noc iście egipskich ciemności spowiła duszę narodu żydowskiego około roku 1400 po Chr. Ruch naukowy i literacki średniowiecznych żydów (…) zgasł. Uczniowie Ibn Nagrelów, Ibn Ganachów, ben Jehuda Gebirolów i Majmonidesów ustąpili miejsca talmudystom, kabalistom i przeróżnym sekciarzom (…). Ten stan rzeczy miał trwać kilka wieków: Nigdy nie upadł judaizm tak nizko, jak we stuleciach XVII i XVIII. Z jego monoteizmu nie pozostało nic okrom formułek, drobiazgów rytualnych i wiary w amulety. Pierwszy lepszy awanturnik, ambitnik lub sprytny karyerowicz mianował się Mesyaszem (Sabbatai Zwi, Jakób Józef Frank i i.), a tłumy żydowskie szły za nim. Rabini stali się cudotwórcami, szarlatanami, cały naród roztopił się w handlu, zuchwalszy proletaryat kradł, rabował i zabijał.

Pierwszym nowoczesnym, oświeconym Żydem, który wydobył się z getta i przebił na europejskie salony, był – według Jeske-Choińskiego – Mojżesz Mendelssohn z Dessawy, urodzony w roku 1729. Ten zdolny chłopiec, znający język niemiecki i własną kulturę, dzięki pomocy Gottholda Efraima Lessinga (żydofila, rzecznika emancypacji żydowskiej — jak pisze o nim nasz autor) (…) zaczął się ocierać o niemców i pisać po niemiecku, na czem wyszedł bardzo dobrze.

Dzieła filozoficzne Mendelssohna (np. „Philosophische Gespräche”, „Morgenstunden”) ocenia Jeske-Choiński nader krytycznie. Imputuje im płytkość i odtwórczość, wprost uważa je tylko za kompilacje różnych tez zaczerpniętych z dzieł wielu wcześniejszych myślicieli. Mendelssohn, choć jest archetypowym „Żydem oświeconym”, nie pochwalającym kazuistyki talmudycznej, subtelności rabinicznej i odrębności żydowskiej, to jednak daleko bardziej niż judaizmowi wrogi jest chrześcijaństwu, czego wyrazem jest praca pt. „Jerusalem oder über religiöse Macht und Judentum”. Jeske-Choiński pisze o niej, że jest to świetna apologia judaizmu i pogardliwa krytyka chrystyanizmu, w tej opinii kryje się jednak złośliwa ironia, bowiem ostatecznie polski autor uważa wnioski Mendelssohna za zupełnie nielogiczne: Więc objawienie chrystyanizmu jest przesądem, kłamstwem, kłócącem się z prawdami rozumu, ale objawienie mozaizmu wytrzymuje krytykę nawet oświeconego filozofa? Szczególna, iście talmudyczna logika. Jeske-Choiński będzie jeszcze – jak wielu zresztą „judeosceptyków” – wracał do tego motywu Żyda pozornie oderwanego od swej religii, nacji i kultury, a jednak w istocie silnie się z nimi utożsamiającego, zakorzenionego w swojej żydowskości. O samym Mendelssohnie pisze jeszcze: Oświecony żyd nie przestał być fanatycznym wrogiem Krzyża; oświecony filozof, zowiący wszelakie wyznania przesądem, zabobonem, bronił namiętnie swojego. Świeżo upieczony Niemiec nie zapomniał o „królewskości narodu wybranego”.

Dalej, w rozdziale drugim, napięcie oczywiście rośnie. Polski konserwatysta analizuje proces rezygnacji oświeconych, zamożnych Żydów z tradycyjnych strojów, własnego żargonu i wielu innych zewnętrznych przejawów odrębności: Był w tych miastach pewien procent zamożnych (…) żydów, którym obrzydło stanowisko paryasów ludzkości i których nużył despotyczny nadzór synagogi. Widząc, że „oświecenie” Mendelssohna zdjęło z niego „żółtą łatę” (…) rzucili się ci ambitni i niezadowoleni chciwie do oświecenia. Jeske-Choiński nie szczędzi owym Żydom szyderstw i wyrzutów, zarówno własnych, jak i cudzych (w formie cytatów). Czytamy zatem o pozornej nauce, pozornym wykształceniu i afektowanej, małpowanej wolnomyślności, o płaskich bezwyznaniowcach, wreszcie o bagnie zielskiem cuchnącem, z którego wykwitły używanie życia, rezonujący cynizm i wolna miłość. Za centrum (a na pewno symbol) tego stylu bycia uważa nasz dzielny rodak salon berlińskiego lekarza Markusa Herza, w którym dobre wina, doskonały stół, muzyka, śpiew, dowcipkująca, oświecona, bezwyznaniowa paplanina, a przedewszystkiem wolna, bez granic rozpustna miłość, przyciągały wszystkich pieczeniarzów i młodych lowelasów. Jeske-Choiński omawia także reakcję Aryjczyków na rosnące wpływy żydowskie: W Niemczech zwróciła się ta reakcya przeciw filozofującym żydom, którym filozofia nie przeszkodziła wcale uprawiać dawnej, „nieoświeconej” metody handlu. W roku 1819 rozległo się znów w całych Niemczech średniowieczne „hepp, hepp!”. Miasta (…) gromiły, wypędzały żydów. Przyparci do muru mieli zatem masowo wybrać chrzest: prawie cały oświecony Izrael niemiecki wychrzcił się między r. 1819 a 1823.

Znamienne przykłady owych świeżo ochrzczonych żydowskich intelektualistów to – według Jeske-Choińskiego – Ludwik Boerne (1786-1837) i Henryk Heine (1797-1856). Obaj przyjęli niemiecką narodowość i chrześcijańskie wyznanie, obaj niespecjalnie przejmowali się wynikającymi z tego zobowiązaniami. Boerne w swoich „Listach Paryskich” (…) wylał wielki kubeł szyderstwa, obelg, żółci, zaciekłej nienawiści na niemców, swoich nowych ziomków. Heine z kolei bez żalu pożegnał kraj, w którym się urodził, zaś jako filozof, był „osobistym wrogiem” chrześcijaństwa. Jeske-Choiński przytacza obszerne cytaty z antychrześcijańskich pism Heinego, kwitując je następującym podsumowaniem: Tak wyraża się o chrześcijaństwie człowiek, który uciekł pod jego skrzydła opiekuńcze ze strachu przed reakcyą i w nadziei zrobienia karyery przy pomocy metryki chrześcijańskiej. Polak uważa tego pisarza za najdoskonalsze wcielenie oświeconego żyda pierwszej połowy XIX stulecia oraz lubieżnego satyra i lekkomyślnego bluźniercę i w barwny sposób przyrównuje go do złośliwego psa, który ujada na pana, co go wziął w opiekę. Jeske-Choiński przypisuje Heinemu także dokonanie rewolucji w dziedzinie poczucia humoru: Heine wniósł do literatury niemieckiej i wszechświatowej osobny rodzaj humoru (…), nieznanego dotąd społeczeństwom aryjskim. (…) Jego dowcip nie śmieje się, lecz wyśmiewa, nie gryzie sercem, nie krytykuje, lecz drwi, kąsa, pluje, nie przekonywa, lecz wywraca koziołki, błaznuje (…). Oczywiście Heine jest tylko przedstawicielem szerszego zjawiska, albowiem jest to dowcip specyficznie żydowski.

W rozdziale czwartym Jeske-Choiński omawia powstanie judaizmu reformowanego za sprawą Izraela Jacobsona oraz – w większym stopniu – Abrahama Geigera. Geiger, według naszego autora, nie pragnął roztopienia się Żydów w społeczeństwie aryjskim i chrześcijańskim, przeciwnie: marzył nawet o prymacie judaizmu, o rzuceniu pod jego stopy chrześcijaństwa. W tym celu postanowił oczyścić synagogę z przestarzałych przesądów i obrzędów, które odtrącały od niej oświeconych żydów i chrześcian. Inną złowrogą postacią był dr Hirsz Graetz, autor dwunastotomowej „Historii Żydów” („Geschichte der Juden”), która aż ocieka jadem nienawiści do wszystkiego, co chrześcijańskie.

Piąta część książki, najdłuższa, bo licząca blisko 30 stron, poświęcona jest dziejom emancypacji Żydów francuskich. Jeske-Choiński na moment cofa się aż do XIV wieku, później natomiast skupia się na sytuacji Żydów we Francji tuż przed Rewolucją i w czasie jej trwania. Żydzi, według Choińskiego, wiązali z Rewolucją wielkie nadzieje (z uwagi na głoszone przez nią hasła wolności, równości i tolerancji), z drugiej jednak strony francuscy encyklopedyści oświeceniowi niekoniecznie sympatyzowali z synami Izraela. Na przykład Voltaire, jak czytamy: (…) gardził żydami i stawiał ich obok „cyganów i złodziejów”. Niemniej Żydzi znaleźli sobie obrońcę w osobie hrabiego Honoriusza Gabriela de Mirabeau, a także księdza Gregoire, adwokata Thierry i wszystkich masonów. Napoleon, choć według autora gardził Żydami, to ostatecznie potwierdził ich prawa obywatelskie, jednocześnie nakazując ich kontrolować i utrudniać im działania lichwiarskie. Około roku 1830 rozpoczyna się we Francji nowa epoka w historii oświeconego żydostwa. Jeske-Choiński, jako że ogólnie lubuje się w przypisywaniu Żydów do określonych kategorii, wyróżnia trzy typy nowego gatunku. Są to żyd-polityk, żyd-dziennikarz i żyd-spekulant. Wszystkie trzy „odmiany” wzajemnie się wspierają, opanowują stowarzyszenia masońskie i giełdę, aktywizują się w polityce i na łamach prasy. Autor wymienia liczne nazwiska żydowskich deputowanych, nad których głowami unosi się żyd-finansista z wielkim workiem złota – paryski Rotszyld.

W dalszej części rozdziału, po omówieniu procesu powstawania żydowskich fortun w toku spekulacji, Jeske-Choiński prezentuje nam stowarzyszenie Alliance Israélite Universelle, po czym wraca do Niemiec. Tu również porusza problem prawa akcyjnego, giełdy, matactw finansowych i pustego pieniądza, przypisując Żydom złowrogą rolę w tej dziedzinie. Czytamy: Najdrobniejszy kramarz musi ze swojego ubogiego zarobku opłacać podatek dochodowy, a giełdziarza, obracającego codziennie krociami, uwolniło prawodawstwo liberalne od podatków, cła i stemplów. (…) Wielkie zrazu zyski, które grynderzy rozmyślnie hojną ręką rozdawali, obałamuciły naród do reszty. (…) Mało było spekulantom grosza prywatnego. Zachciało im się także zastukać do skarbu państwa i wytrząść z niego tyle, ileby się tylko dało. Ostatnie zdanie odnosi się do złodziejskiej reformy systemu monetarnego, wymuszonej (według autora) przez wpływowe środowiska żydowskie.

Wszystko oczywiście skończyło się katastrofą, to znaczy „krachem wiedeńskim” z roku 1873. Jeske-Choiński pisze o kilku tysiącach kupców i fabrykantów, którzy utracili cały majątek, o samobójstwach i dezorientacji Niemców zaplątanych w sterowane przez zmyślnych Żydów operacje finansowe. Dobrych kilkanaście stron autor poświęca na szczegółowy opis machinacji semickich spekulantów i wyliczanie strat – finansowych i moralnych – jakie w ich wyniku ponieśli Niemcy, chrześcijanie, Aryjczycy.

W rozdziale szóstym, wieńczącym książkę, Teodor Jeske-Choiński przeprowadza bilans żydowskiego oświecenia. Oceny autora są surowe, a do tego pełne żalu i oburzenia na lud Izraela, który wziął od cywilizacji i kultury chrześcijańskiej wszystko (…) a zachowywał się wobec tej adoptowanej cywilizacyi i kultury z nienawiścią urodzonego, dziedzicznego wroga. Publicyści i dziennikarze prasy liberalnej to duchowe potomstwo Henryka Heinego, roznoszące jad oświecenia po całej Europie i Ameryce. Jak większość autorów literatury określanej tyleż eufemistycznie, co żartobliwie jako „żydoznawcza”, Choiński imputuje Hebrajczykom angażowanie się we wszystkie ruchy i doktryny rewolucyjne, socjalistyczne, liberalne, antychrześcijańskie, antyklerykalne i w inny sposób wywrotowe, przy czym zaznacza, że Żydzi nie tworzą (…) wprawdzie chwil wywrotu, chaosu, burzenia, lecz korzystają z nich zręcznie dla swoich celów. Żyda oświeconego uważa Jeske-Choiński za wroga narodów chrześcijańskich – i to szkodliwszego niż Żyd nieoświecony. Później następuje analiza zjawiska, które dla współczesnego czytelnika jest chyba oczywiste i często widoczne, a mianowicie niesłychanej drażliwości i nietolerancji wielu środowisk żydowskich, bardzo łatwo i ochoczo podnoszących wrzawę z powodu najmniejszych nawet zarzutów wymierzonych nie tylko przeciw narodowi żydowskiemu, ale nawet przeciw pojedynczym, konkretnym jego przedstawicielom.

Jeske-Choiński posuwa się wręcz do przekonania, że dostrzeganie w żydzie tylko odmiennego, chrystyanizmowi wrogiego wyznania jest omyłką i upraszczaniem sprawy. Z aprobatą cytuje Napoleona I, który odgadł (…) psychologię żyda, kiedy mówił w Radzie państwa: „musimy żydów uważać nie tylko za osobną sektę religijną, lecz także za obcy, osobny naród.

Książka kończy się lamentem nad sytuacją Polski, której – według autora – grozi zalew żydowskich interesów i ich jeszcze szkodliwszej działalności rewolucyjnej. Choiński pisze: Co się działo w Warszawie w latach 1905, 1906, 1907 było tylko próbką, zapowiedzią tego, coby się działo w Królestwie Polskiem, gdyby zmienione warunki polityczne były wyzwoliły (…) żydów, rozwiązały im ręce i pozwoliły im rzucić się bez żadnej kontroli na dziesięć milionów ludności rdzennej, znanej z braku odporności. Autor potwierdza nasze najgorsze przypuszczenia, wprost wołając: Finis Poloniae! Ufff…!!!

*****

Kwestia żydowska w Polsce, którą Jeske-Choiński ledwie muska (i to pod sam koniec książki), jest głównym motywem niewielkiej publikacji „Być albo nie być” Stanisława Bełzy (1849-1929), literata, publicysty i prawnika, autora m.in. prac na temat historii Śląska. Rzecz napisana została w 1913 roku w Szwajcarii, zaś w III RP wydał ją wrocławski Nortom (Wrocław 1996). Broszurka liczy sobie nieco ponad 30 stron i krytycznie omawia skutki równouprawnienia Żydów oraz rozszerzanie się negatywnych wpływów żydowskich w społeczeństwie polskim, chrześcijańskim.

Styl Bełzy jest jeszcze barwniejszy niż sformułowania stosowane przez Jeske-Choińskiego. Już na początku mamy mocny akcent: Żydzi nigdy Polakami nie byli i nie będą, ale za to jak pasożyt roślinę, z soków żywotnych ogałacali, ku swojej korzyści Polskę (…). Równouprawnienie Żydów przez Wielopolskiego było wbrew naszemu narodowemu interesowi, a sprawa żydowska to sprawa polskiego być, albo nie być. Autor z pewnym rozrzewnieniem wspomina wcześniejszą epokę: Przed pół wiekiem, tak zwanych dziś na urągowisko zdrowemu sensowi żydów-Polaków wcale w Polsce nie było. Były jednolite czarne masy, odsunięte od towarzyskiej styczności z narodem. W brudzie i zaduchu roiły się one po małych miasteczkach, handlowały i rozpajały po karczmach chłopa, lichwą niszczyły nieopatrznych lekkoduchów, w kulturalnym przecież naszym życiu nie brały żadnego udziału. Nie mieliśmy żydów w dziennikarstwie, w literaturze, w gronie adwokatów, doktorów i inżynierów, do świętych ognisk domowych naszych rodzin, nie przedostawał się ich zabójczy wpływ. Tam zatem, gdzie rozlegały się dźwięki wspaniałego i przebogatego naszego języka, byliśmy jednolici i spójni. (…) Równouprawnienie przez Wielopolskiego żydów, jakąż straszną zmianę w tym względzie spowodowało.

Tak jak Jeske-Choiński omawiał zjawisko pozornego wtopienia się Żydów w społeczność niemiecką lub francuską, tak Bełza mówi o stosunkowo niewielkiej grupie ludzi, która odrzekłszy się żargonu i święcenia szabasu, pokostem polskim powlekła skórę żydowską. Społeczeństwo polskie w dużej mierze dało się nabrać na tę fałszywą przemianę i zaufało nowemu wizerunkowi Żyda – już nie wstrętnego i pejsatego, mówiącego żargonem, ale zewnętrznie do nas upodobnionego, w tużurku i rękawiczkach. W dalszym ciągu Stanisław Bełza ubolewa nad wysokim procentem Żydów w zawodach wolnych, a także w handlu i przemyśle.

Z równouprawnienia Żydów osiągnęła Polska dwie korzyści (autor używa tego określenia oczywiście ironicznie). Pierwszą jest wtargnięcie czarnej masy żargonowców do miast i do handlu, co przyrównane jest do najazdu hordy Tatarów. Druga korzyść to wykształcenie się żydowskiej inteligencji, gromadnie lokującej się w kręgach prawników, bankierów, lekarzy, inżynierów oraz dziennikarzy – i rugującej stamtąd żywioł rdzennie polski. Przykładem chytrości Semitów i naiwności Polaków jest dla autora historia pisma „Niwa”, które dobrowolnie oddało się Żydom i przyjęło ich sposób myślenia, ich pogląd na historię i rolę Polski. Pismo, mające w założeniu propagować oświatę, kulturę i wykształcenie, przyjęło do sześcioosobowej redakcji aż trzech Żydów, reprezentujących umysłową pospolitość w całem znaczeniu tego słowa. Skutkiem miało być pojawienie się na łamach „Niwy” masy artykułów polakożerczych, antyklerykalnych, zgoła antychrześcijańskich, przy czym nie tykano nawet jednym słowem wybranego ludu, największego wyzyskiwacza cudzej pracy, jakiego znał świat, nie atakowano nawet w najdelikatniejszy sposób żydowskiego religijnego fanatyzmu, najdzikszego, jaki znał świat.

Na kolejnych stronach Bełza opłakuje marazm i apatię, w które społeczeństwo polskie popadło po zgnieceniu powstania styczniowego i po upadku rządów Wielopolskiego. Jednocześnie zauważa, że takich powodów do zmartwień nie mieli Żydzi, którzy pospiesznie wzięli się (już zrównani w prawach z Polakami) do pracy nad rozszerzaniem swych wpływów i powiększaniem swej siły. Bełza twierdzi, że w ciągu pół wieku ludność żydowska nieomal wydarła Polakom miasta z rąk – na dowód tego przytacza liczby wzięte z opracowań statystycznych: I tak: w Łomży na 27 tysięcy przeszło mieszkańców, jest Polaków tylko 12 000 (setki opuszczam), w Lublinie na sześćdziesiąt pięć tysięcy – 26 000, w Suwałkach na dwadzieścia pięć tysięcy – 9000, w Siedlcach na trzydzieści tysięcy – 11 000, w Zduńskiej Woli na dwadzieścia pięć tysięcy – 9000. (…) Łęczyca liczy żydów dwa razy więcej, niż Polaków, ale Szydłowiec – przeszło trzy razy, Działoszyn – pięć razy, a Kałuszyn aż sześć razy. Mianem prawdziwej Jerozolimy określa autor miasto Szaki na północy Królestwa, gdzie wśród 2580 Żydów ma wegetować raptem stu Polaków.

Bełza wyróżnia dwa główne kierunki działalności tzw. żydów-Polaków: przechwycenie jak najliczniejszych gałęzi narodowej pracy i wyparcie z nich ludności słowiańskiej – oraz (przy pozornym wspieraniu sprawy polskiej) podporządkowanie kraju interesom żydowstwa i ekonomiczne uzależnienie Polaków od niego. Autor twierdzi, że pozornie spolonizowani Żydzi w istocie dalej utożsamiają się z pejsatymi czarnymi masami i w krytycznym momencie zawsze porzucą interes polski na rzecz izraelskiego. Podaje zresztą przykłady kilku takich sytuacji, w których wielkomiejscy, wykształceni i mówiący po polsku Żydzi nader aktywnie wspierali swoich ortodoxyjnych pobratymców w chałatach (litwaków, chasydów etc.). Bełza nazywa tych polskojęzycznych, zasymilowanych Żydów Polakami o dwudziestoczterogodzinnym wypowiedzeniu, którzy ani jednej chwili nie będą wahać się po czyjej stronie, polskiej czy żydowskiej stanąć mają w chwili, gdy te dwa interesy wejdą ze sobą w kolizję. Nie potępia ich za to: (…) mam rzucać za to kamieniami na nich? Jako żywo nie (…), ponieważ postępują w zgodzie ze swoją przynależnością, duszą, sumieniem i charakterem – uważa jednak, że analogicznie powinni postępować Polacy, że rzeczą Polaków jest ochrona własnych interesów i upartość w walce o nie.

W piątym rozdziale „Być albo nie być” Bełza omawia m.in. heroiczne dzieje pisma „Rola”, powołanego do życia przez Jana Jeleńskiego. Pismo to wystąpiło przeciw dominacji Żydów w życiu społecznym, co miało ich niebywale rozdrażnić i przestraszyć. Zaczęli więc przedstawiać „Rolę” jako pismo obskuranckie, nietolerancyjne, fanatyczne, niepoważne, prymitywne i niechlujne. Konflikt między Jeleńskim a jego wrogami zaostrzał się. Czytamy m.in. o zaciętej walce, walce na śmierć i życie i wreszcie o zwycięstwie redaktora „Roli” nad złowrogimi przeciwnikami. Zwycięstwo to, choć okupione wycieńczeniem, zrodziło jednak dla kraju plon obfity, otworzyło ludziom oczy – przynajmniej niektórym ludziom, bo niestety radykałowie społeczni i postępowcy dalej nie przestawali krążyć w mroku. Tu Bełza omawia casus pisarza miary niezwykłej, Aleksandra Świętochowskiego, który oddał się bez zastrzeżeń w służbę żydostwu. Ubolewa także nad naiwnością pisarki Orzeszkowej, jawnie stojącej po stronie Hebrajczyków w nadziei na ich spolszczenie w przyszłości. Ostatecznie jednak twierdzi Bełza, że otrzeźwieli i postępowcy.

W części szóstej autor omawia rewolucję 1905 roku, wpierw z aprobatą pisząc o nadanym w tym samym roku akcie konstytucyjnym, dzięki któremu po całym kraju (…) powiały nowe prądy powietrza. Szanse zostały jednak zmarnowane z powodu działalności Żydów, propagujących radykalne hasła i organizujących młodzież pod lewicowymi sztandarami. Bełza pisze: (…) zaczęto bezczelnie publicznie lżyć nasz naród, urągać jego bohaterskiej przeszłości, ośmieszając zwąc „gęsią białą” jego narodowe godło (…). O tych samych wydarzeniach (i o „białej gęsi”) wspominał także Jeske-Choiński pod koniec swoich „Żydów oświeconych”.

Dalej Stanisław Bełza pozytywnie recenzuje pracę „Postęp po rozdrożu” Izy Moszczeńskiej z 1911 roku, w której autorka pisze, że naiwnością jest uważać czynnik żydowski w Polsce za postępowy, że Żydzi nie potrafią się do postępu dostosować, że wreszcie w żadnym kraju nie zlewają się w pełni z resztą mieszkańców, przeciwnie zaś: wszędzie pozostają narodem w narodzie.

W rozdziale siódmym autor twierdzi, że co prawda po rewolucji 1905 roku Żydzi niemożliwie wręcz rzucili się na Polskę i rozpanoszyli w niej, ale z drugiej strony naród przebudził się z otumanienia i z żywiołową siłą rozbiegły się po naszym kraju hasła obrony przeciwko żydostwu. Bełza ubolewa jednak nad rozłamową postawą stronnictwa „realistów”, którzy do tego wspaniałego i harmonijnego, antysemickiego koncertu wprowadzili zgrzyt i przeciwstawili się prądowi ogólnemu. Twierdzi jednak, że pomoc udzielana Żydom przez Stronnictwo Polityki Realnej tak naprawdę nie na wiele się im przyda, zatem już teraz zezują oni w innym kierunku – w stronę rządu i rzekomo liberalnej opinii w Rosji. W tych to kręgach Żydzi obmawiają i oczerniają polski ruch ekonomiczny, dążący do umniejszenia wpływów Izraela w handlu i przemyśle, samych siebie przedstawiają zaś jako niewinne ofiary dyskryminacji i bezprzykładnej dzikości.

Ósmy rozdział publikacji poświęcony jest szczególnie nikczemnej roli Żydów w zaborze pruskim i ogólnie ciężkiej doli Polaków na tych terenach. Autor przyznaje jednak, że wyjątkowo bezczelna postawa Żydów na terenach włączonych do Niemiec przyniosła (paradoxalnie) pewien skutek pozytywny – a mianowicie uniemożliwiła powstanie romansu polsko-żydowskiego i uczyniła społeczeństwo polskie bardziej zwartym i jednolitym niż w pozostałych zaborach.

Na końcu Stanisław Bełza streszcza swoje podstawowe tezy, podkreślając raz jeszcze, że kwestia żydowska to sprawa przyszłości naszego kraju i nasze to be or not to be. Namawia do tego, by Żydów przez instynkt zachowawczy, pokojowymi środkami zwalczać, jako najstraszniejszych szkodników. Książkę wieńczą słowa: Przyjaciółmi mogą być ludzie, zasady i stronnictwa, ale największą przyjaciółką jest Ojczyzna. Maxima amica Patria.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.