Jesteś tutaj: Publicystyka » Waldemar Michalak » Andrzej Lepper – polityk demokratyczny

Andrzej Lepper – polityk demokratyczny

Waldemar Michalak

Po przeczytaniu artykułu p. prof. Jacka Bartyzela, dotyczącego bardzo kontrowersyjnego polityka Andrzeja Leppera, pozwolę sobie – ponieważ, jako historyk, fakty i postacie oceniam poprzez pryzmat obowiązującej w danym okresie ideologii i aksjologii – przedstawić tego polityka w świetle obowiązujących dziś kanonów rozumienia polityki w systemie ustroju demokratycznego (jako „najlepszego z możliwych”) i obowiązującej obecnie w polityce doktryny, iż polityka winna przede wszystkim służyć potrzebom,,brzucha i lędźwi” wolnej jednostki, jak to kiedyś ujął Diogenes. I jak to również niedawno ujął premier: „jesteśmy dumni z tego, że w Europie jest prymat rynku [a czemu ma służyć współczesny rynek? – W.M] nad państwem i obywatela nad instytucją [tutaj chyba trochę zełgał – W.M.]”.

Już Makiawel stwierdził, że układem odniesienia dla działalności politycznej są dwie dane: vis i fortuna, zaś skuteczność osiągania zamierzonych celów jest miarą moralności politycznej, lub też tę moralność winna zastępować. Jeśli pojęcia vis i fortuna rozpatrzymy w dawnym tych pojęć rozumieniu, to vis należy rozumieć jako siłę charakteru, zdolność przezwyciężania przeciwności, obecnie natomiast można ją pojmować jako wiedzę i umiejętności osiągania zamierzonych celów w oparciu o własną inteligencję i osobistą zdolność do wpływania na bieg zdarzeń. Fortuna zaś to dziś, tak jak i wtedy, okoliczności, w jakich działa polityk, które mogą być sprzyjające bądź też nie, i polityk obdarzony mocną vis osiągnie zamierzone cele nawet przy bardzo niesprzyjającej fortunie, natomiast polityk, któremu brak tej cechy, i zamiast vis ma piar, zmarnuje nawet najhojniejsze dary fortuny. Trzeba też pamiętać, że w dzisiejszym, czyli demokratycznym, rozumieniu uprawiania polityki nie ma ona służyć dobru wspólnemu (jak kiedyś o tym uczono i to praktykowano), lecz (jak dzisiaj uczą w szkołach i sprawdzają na testach egzaminacyjnych) „polityka jest to sztuka zdobywania i utrzymywania się przy władzy”.

Czy Andrzej Lepper nie spełniał tych standardów? Czy brakło mu vis (w dzisiejszym tego słowa znaczeniu); czy nie umiał wykorzystać politycznie darów fortuny, jakimi były potrzeby i zagrożenia bytu materialnego klas plebejskich – o nieco jednak wyższym statusie materialnym, a także ludzi wykorzenionych z dotychczasowego trybu życia (socjologicznie elektorat Leppera to niższa klasa średnia wsi i miasteczek: drobni straganiarze, małomiasteczkowi restauratorzy, średniozamożni rolnicy, ludzie ze zlikwidowanych PGR-ów itp.)? Zauważmy, że protesty Leppera odbywały się pod innym hasłem niż strajki klas pracowniczych, które brzmi: „chcemy godnie żyć” i państwo powinno nam to zapewnić; Lepper zwracał uwagę na inne dobro, a mianowicie „pewność jutra” – niech państwo nam,,pewność jutra” a z resztą sami sobie poradzimy. I ową „pewność jutra”, jako wartość, przeciwstawiał doktrynie „ryzyka i przedsiębiorczości”, co w naszej sytuacji oznacza dominację lichwiarzy i spekulantów finansowych nad realną gospodarką produkcyjną. Lepper szedł na czołowe zderzenie z doktrynami ekonomicznymi systemu zwanego wolnym rynkiem usług finansowych. Proszę zauważyć, że kiedy windykatorzy i komornicy zaczęli zajmować gospodarstwa chłopów, którzy nie byli w stanie (bo wpadli w pułapkę kredytową), często nie ze swojej winy, spłacić lichwiarskich kredytów, wówczas media, jako głos ludzi światłych i postępowych, nie kryły drwiny i pogardy dla tych rolników; dziś, gdy ten sam los grozi wielu kredytobiorcom zadłużonym we franku szwajcarskim, jakoś nikt nie ma ochoty do śmiechu. I tak sprawdza się ludowe przysłowie: „nie śmiej się dziadku z cudzego przypadku”. Dla mnie A. Lepper należał do ludzi kierujących się zasadą: „swego nie oddam, cudzego nie potrzebuję” – w przeciwieństwie do współczesnej zasady organizacji społecznej, która brzmi mniej więcej tak: „aby każdy czyhał na cudze i nikt nie był pewny własnego”, a można ją wywnioskować z działalności współczesnej plutokracji1.

Trudno mi się zgodzić z określeniem prof. J. Bartyzela, że oparciem dla Leppera był tłum w znaczeniu nadawanym temu przez cytowanych przez Pana Profesora autorów. Moim zdaniem, oparciem dla Leppera był plebs, tym się różniący od tłumu, że plebs jest zdolny do samoorganizacji i uczestnictwa w zgromadzeniach demosu oraz do artykulacji swoich potrzeb, z których Lepper umiał stworzyć odpowiednią narrację i przełożyć na język działań politycznych („Balcerowicz musi odejść!”). Blokady czy okupacje budynków publicznych, wysypywanie zboża na tory, nie były ślepym wyładowaniem emocji lub chęcią grabieży, lecz racjonalnym sposobem działań politycznych w formach protestu dostępnych tej grupie zawodowej i społecznej. Każda grupa społeczna ucieka się do takich form protestu, jakie są jej dostępne: przypomnę tutaj strajki i protesty pielęgniarek z okupacją gabinetu premiera; górników z muterkami, płonącymi oponami i z wtargnięciem do gmachu Sejmu; a nawet, o dziwo!, protesty sędziów z pustą wokandą, jako środkiem nacisku. Zastanawiam się, dlaczego np. wysypywanie zboża na tory – czego dopuszczał się Lepper – było czynem karalnym, a odstępowanie pielęgniarek od łóżek chorych już nie? Czy to nie w filozofii politycznej ustroju demokratycznego formułuje się twierdzenie, że demokracja – z kluczową dla niej wartością, jaką są powszechne wybory polityczne – jest grą interesów? Dlaczego akurat interesy elektoratu Leppera miały być czymś gorszym od interesów innych „zainteresowanych”? Mówi się, że Lepper był populistą (przy całym nieostrym desygnacie tego pojęcia). A która partia polityczna nie stosuje, w walce o poparcie polityczne i wyborcze, haseł populistycznych?

Może zabrzmi to paradoksalnie, ale o ile przyjąć, że w starożytnej Grecji demagog był uczniem sofisty, to Lepper był demagogiem, co w polityce demokratycznej jest normą, ale obce mu były sofizmaty. Słynne jest przecież jego powiedzenie, że „w tej sali Wersalu już nie będzie”, na co klasa oświeconych, która wyperfumowane brudy zwykła nazywać Wersalem, zapłonęła oświeconym (bo nie „świętym”) oburzeniem politycznej poprawności. To, za co ceniłem postać Leppera w życiu publicznym (ale bez udzielania mu poparcia), to jego opór wobec języka politycznej poprawności. Dla niego g…o nazywało się g…..m, i nigdy nie nazwał on g…a, „pachnidłem pachnącym inaczej”. Potrafił skutecznie stawić opór wyszczekanym dziennikarzom: często gościł na ekranach telewizorów, ale nie były to przymilne wywiady, jakie przeprowadza się z politykami czy postaciami z kręgu „salonu”, lecz raczej usiłowania przesłuchań dziennikarskich na okoliczność bycia Lepperem, z których Lepper często wychodził zwycięsko. Sam słyszałem, jak dziennikarka (o ile dobrze pamiętam, Dorota Gawryluk) stwierdziła pod koniec rozmowy: „zgadzam się z panem wbrew własnej woli”. Można też przypomnieć, jak Monika Olejnik wyrzuciła go z programu, ponieważ w trakcie debaty sejmowej źle się wyraził o Włodzimierzu Cimoszewiczu – nie ma to jak dziennikarstwo zaangażowane! Przypomnijmy też niby retoryczne pytania skierowane do prominentnych polityków i posłów wygłoszone na sali sejmowej: „Czy prawdą jest, że…?” – przecież niedługo potem wybuchła afera Rywina, nie licząc starachowickiej.

Zaiste, Andrzej Lepper nie był karierowiczem i raczej nie zaliczał się do oportunistów. Wszedł do rządu nie dlatego, że wziął go tam Jarosław Kaczyński, lecz dlatego, że demokracja to władza liczby, albo „dyktat formy”, jak chce prof. Jadwiga Staniszkis. Kaczyński, jeśli chciał rządzić, musiał przyjąć do rządu i Giertycha, i Leppera, aby sprostać standardom demokratycznych form sprawowania władzy. Oczywiście, mógł rozpisać nowe wybory, ale jaka byłaby gwarancja, że wynik nie byłby podobny do poprzedniego? Zauważmy, że demokratycznie wybrany premier to nie suwerenny monarcha, który dobiera sobie ministrów wedle własnego uznania. Tutaj kłania się dyktat imperatywu hipotetycznego: jeśli J. Kaczyński chciał, to i musiał.

A teraz, ryzykując ściągnięcie gromów na moją głowę, kilka dobrych słów o Andrzeju Lepperze. Zarzuca mu się, że wprowadził brutalizację do języka i praktyk politycznych, ale przecież, w licznych wywiadach i wystąpieniach, nie używał w stosunku do swoich adwersarzy języka tak zapiekłej nienawiści, jak robi to Stefan Niesiołowski, ani szyderczego poniżania, jakiego dopuszczał się Janusz Palikot wobec śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Notabene, Palikot działał w poczuciu bezpiecznej bezkarności, a nawet za nie tak znowu cichym przyzwoleniem „salonowych elit”, Lepper zaś był ciągle poniżany i chamsko krytykowany. Osobiście bardziej wybaczę mu nawet sto blokad dróg organizowanych przez rozgoryczonych rolników, niż jeden danse macabre rozbestwionej tłuszczy na Krakowskim Przedmieściu, którą to tłuszczę „salonowy” poseł Ryszard Kalisz nazwał,,ludźmi o otwartych umysłach i chcących demokracji”2. Hasło Leppera: „Balcerowicz musi odejść!” nie było znów tak dalekie od twierdzenia prof. Grzegorza Kołodki, że reformy Balcerowicza polegały na „szoku bez terapii”, i uzasadniał je za pomocą racjonalnej argumentacji, z którą można się zgadzać albo nie, ale nigdy nie słyszałem, żeby używał wobec L.B. wyzwisk czy słów poniżających, jak się to często zdarza niby dobrze wychowanym i wykształconym politykom czy komentatorom3.

Drugim dobrym wspomnieniem o Andrzeju Lepperze jest to, że nigdy, ale to nigdy, w swojej działalności publicznej nie atakował Kościoła katolickiego. W życiu prywatnym był niemal wzorowym parafianinem; oczywiście, jak każdy z nas był grzesznikiem. Miał niemałe kłopoty z przykazaniem o cudzołóstwie: nawet jeśli sam w tym nie uczestniczył, to tolerował w otoczeniu (pomijam tutaj brutalną prowokację Gazety Wyborczej z Anetą Krawczyk), ale przecież z grzechu cnoty nie czynił i nie domagał się reform oraz „Kościoła otwartego na współczesne formy nowoczesnej moralności”. Był zdecydowanym przeciwnikiem aborcji, co we współczesnej polityce jest postawą nie do przecenienia. Warto zwrócić uwagę i na to, że Lepper nie brał ślubu kościelnego po dwudziestoletnim pożyciu, ale za to na miesiąc przed wyborami (jak to się zdarzało poniektórym politykom). Był to również człowiek, dla którego Polska nie była „obciachem”.

Mogę się oczywiście mylić, ale dla mnie Lepper to nie Pankracy, Jakub Szela czy czerń z powstania Chmielnickiego lub rabacji galicyjskiej, Lepper szanował własność prywatną, w chłopskim tego słowa znaczeniu; zboże wysypywał nie dlatego, że chciał je zagrabić, lecz w ramach demokratycznie dozwolonych form protestu (popatrzmy na formy protestu ekologów czy anarchistów – wtedy wszystko jest cacy). Mógłbym też wskazać na to, że Andrzej Lepper odwoływał się do odwiecznej chłopskiej aksjologii, gdzie problemem były od zawsze „ziemia” i „długi”: był to problem i w starożytnej Grecji, i w rzymskiej res publica. Jeśli zaś wziąć pod uwagę polskie wątki historyczne to, w moim odczuciu, Lepper kontynuował niejako konflikt między chłopem a zajmującym się lichwą arendarzem. Nic dziwnego więc, że był politykiem najbardziej znienawidzonym przez środowiska potomków dawnych arendarzy.

Mógłbym również popatrzeć na Leppera – niech mi Pan Profesor wybaczy tę małą prowokację! – jako na postać jak z powstania w Wandei. Oczywiście tylko w pewnym sensie – ale czy Lepper nie uosabiał jakoś chłopskiej kontrrewolucji przeciw burżuazyjnej rewolucji, z jej dowartościowaniem wyrafinowanych form zagrabiania cudzej własności przez aparat podatkowy i lichwiarskie praktyki banków oraz instytucji kredytowych?

Dla mnie Lepper nie psuł demokracji – jak to słyszałem z ust red. Morozowskiego4; on demokrację demaskował. I proszę mi wybaczyć, ale będę się modlił za spokój jego duszy i łaskę Bożą dla odpuszczenia mu grzechu samobójstwa. Myślę również, że historycy przyszłych pokoleń ocenią jego działalność bardziej obiektywnie. A teraz mogę tylko powiedzieć: „pokój Jego duszy”, i wierzę również w to, że w przyszłości, gdy zmieni się struktura aksjologiczna publicznych narracji, na czele z odrzuceniem paradygmatu politycznej poprawności, dojdzie również i do tego, że będzie można powiedzieć: „cześć Jego pamięci”.

Autor jest historykiem i wiceprezesem Klubu Konserwatywnego w Łodzi.


1 Zob. obecną grę Sorosa na zwyżkę kursu franka szwajcarskiego: zainwestował w to 850 milionów, zarobi dwa miliardy w ciągu kilku dni – informacja podana 10 VIII 2011 r. w TVN 24.

2 Program Rozmowa bardzo polityczna, 9 VIII 2011 r., TVN 24 (w programie brał również udział Ludwik Dorn).

3 Można dodać, że jeden z pomysłów Leppera, dotyczący OFE, został częściowo wykorzystany przez obecny rząd – ku wściekłości Leszka Balcerowicza i jego zaplecza, głoszącego nadrzędność zysku wobec potrzeb zwykłych ludzi.

4 Program Tak jest, 9 VIII 2011 r., TVN 24.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.