Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Międzynarodowy przegląd tajnych towarzystw

Międzynarodowy przegląd tajnych towarzystw

Adam Tomasz Witczak

Tytuł ten jest żartem, albowiem trudno, by ambicją krótkiego artykułu publicystycznego było dokonanie całościowego przeglądu tajnych stowarzyszeń, czymkolwiek miałyby one być. W istocie tytuł nawiązuje do wydawanego około stu lat temu periodyku „Revue internationale des sociétés secrètes”, organu Ligi Francusko-Katolickiej. Pismo to, jak można się domyślić, zajmowało się tropieniem organizacji masońskich i pokrewnych (okultystycznych, ezoterycznych etc.), jakkolwiek to masoneria była podstawowym słowem-kluczem. Magazyn (niektóre numery można współcześnie czytać w formacie .pdf) był, jak się wydaje, pismem poważnym, co jednak nie przeszkadzało jednemu z autorów doszukiwać się wątków masońskich w ruchu harcerskim (skautingowym), który został uznany za forpocztę neoprymitywizmu i ruiny cywilizacji.

Cokolwiek zaskakująca konstatacja, szczególnie że dobrze znamy przykłady harcerstwa katolickiego i patriotycznego, ale samo zjawisko jest znamienne. Gdy o stowarzyszeniach, grupach, siłach realizujących określone cele, nadających epoce „ducha” i „trend”, mówi się w sposób przesadny, ocierając się o groteskę – wówczas samo założenie (że „jakieś” spiski istnieją) staje się w oczach odbiorcy niepoważne.

Nie ma zatem potrzeby, gdy mówi się o infiltracji gnostyckiej, newage’owej czy okultystycznej w dzisiejszych czasach, w epoce po rewolucji dzieci-kwiatów, w dobie postmodernizmu – nadużywać podejrzeń i uogólnień. Nie jest wcale konieczne, by raz w roku czy raz na dziesięć lub pięćdziesiąt lat, na wielkim wzgórzu zbierał się czarny zakon zakapturzonych, ustalający program zniewolenia i otumanienia ludzkości na następne stulecie. Nie jest konieczne epatowanie listami przesyłanymi sobie rzekomo przez wewnątrzkościelnych masonów ani też głoszenie, że istnieje jakaś jedna grupa, która „stoi za tym wszystkim” i ostatecznie pociąga za każdy sznurek.

To jedna strona medalu. Ale jest też druga. Otóż infiltracja gnostycka współczesnej kultury – szeroko pojętej: od akademickiej po popularną – i ogólnie całego społeczeństwa – jest po prostu faktem. W poprzednim tekście pokrótce nakreśliliśmy fundamentalne różnice pomiędzy gnostyckim, magicznym, „leworęcznym” podejściem do duchowości, kondycji człowieka i istoty Boga – a tym podejściem, które my moglibyśmy określić jako „ortodoksyjne”, gnostycy zaś – jako wiodące ścieżką prawej ręki.

Opozycje są dość klarowne: Bóg transcendentny i osobowy (na „prawej ścieżce”) kontra wizja Boga, Bóstwa czy Boskości w człowieku (na „lewej”), grzech człowieka kontra wizja złego Demiurga, konieczność zbawienia przez uczynki i wiarę kontra samozbawienie tudzież przebóstwienie przez gnozę i magię.

Są to ścieżki, których nie da się połączyć, nawet jeśli okazjonalnie – u konkretnych myślicieli czy artystów – dochodzi do pewnego rodzaju sojuszy (mamy tu na myśli w szczególności np. sojusze środowisk prawicowo-katolickich z prawicowo-neopogańskimi). A jednak, jeśli przyjrzymy się fundamentom wierzeń neopogan, to problem z nimi jest dużo większy niż z historycznymi wierzeniami Germanów czy Słowian (wierzących w transcendentnych, osobowych bogów). Twórcy niemieckiego neopogaństwa – jak Gwidon von List – w gruncie rzeczy przyznawali, że tak naprawdę chodzi im o rodzaj panteizmu albo też szukania „boskiej cząstki” czy „boskości” w człowieku. W sposób może mało ambitny, ale ujmujący istotę rzeczy, wyrażają to rodzimi neopoganie na jednej ze swych witryn: Musimy połączyć się z Armanem, nie w celu samounicestwienia, ale samodeifikacji, z niego czerpiąc siłę do wejścia na wyższy poziom rozwoju. (…) Czym jest Absolut? Czy jest on bogiem? Nie, nie jest. Absolut jest jednością przeciwieństw. Byt osobowy by go ograniczał. Byt nieosobowy także by go ograniczał.

Ale przecież pokrewnych wątków we współczesnej kulturze jest całkiem sporo. Nawiasem mówiąc, nie jest to wcale zaskakujące. Samo to, że rozmaite formy ezoteryzmu „lewej ręki” cieszą się popularnością, przynajmniej wśród osób, które albo autentycznie chcą pogłębić duchowość (pomijamy tu fakt, że robią to źle), albo którym nudzi się po pracy w korporacji – jest banalną oczywistością. Nie jest więc niczym niezwykłym, że wątki te trafiają do literatury, komiksów, muzyki i innych dzieł tworzonych przez ludzi. Z tego powodu zabawne jest, gdy niektórzy „dobrze myślący” katolicy na wyprzódki biorą się za wyszydzanie tych, którzy demaskują „okultystyczne komiksy” czy „satanistyczne lalki”. Równie zabawne jest jednak, gdy demaskatorzy nie potrafią pojąć, że obecność wątków gnostyckich (w różnych formach: od ckliwego new age’u, przez technologiczny transhumanizm, rozerotyzowaną „ideologię gender”, aż po teistyczny satanizm) stała się dla współczesnego świata czymś równie naturalnym, jak obecność katolicyzmu w sztuce średniowiecza czy przesycenie tradycyjnej kultury japońskiej szintoizmem i buddyzmem zen. Innymi słowy, byłoby dziwne, gdybyśmy NIE mieli „okultystycznych komiksów” – skoro np. jeden z ważniejszych artystów tego medium, Alan Moore, jest przekonanym praktykiem magii i ezoteryzmu. Byłoby niezwykłe, gdyby idee nie przenikały do muzyki rockowej czy kreskówek dla dzieci – tak samo, jak byłoby niezwykłe, gdyby w średniowieczu chrystianizm nie przenikał (do) literatury, rzeźby i malarstwa.

Trudno powiedzieć, czy za każdym razem ma to oznaczać konieczność wyrzucania i palenia książek, czy zawsze diabeł „wyskoczy z pudełka”, jak sugeruje np. część egzorcystów. Tak czy inaczej, w samej tylko kulturze europejskiej czerpiemy z dzieł powstałych poza obrębem ortodoksyjnego chrystianizmu, niezależnie od tego, czy będzie to Milton, Mickiewicz czy mity greckie. Inną kwestią jest to, że fakty i inspiracje warto znać i śledzić – bez emocji i bez ulegania historiom w oczywisty sposób przesadnym, niesprawdzonym, obliczonym na kompromitację „tropicieli”.

To, że żyjemy w świecie, któremu ton nadaje duchowość neognostycka (w takim zakresie, w jakim istnieje jeszcze jakakolwiek duchowość i cokolwiek wykraczającego poza postulat „żreć i żyć”) jest zresztą przyznawane – z niekłamanym entuzjazmem – przez samych zwolenników tejże duchowości. Dość przejrzeć publikacje „Magivangi” czy obumarłej już chyba „Anteny Krzyku” na temat kultury psychodelicznej i industrialnej tudzież wpływu magiji czy wizji Filipa K. Dicka na kinematografię, filozofię, muzykę eksperymentalną itd.

Nie musi być tak, że wielcy, złowrodzy „władcy świata” organizują sabaty na zaczarowanych górach i tam ustalają precyzyjny harmonogram nadejścia Antychrysta – ale jest z pewnością tak, że istnieją rozmaite, mniej lub bardziej wpływowe środowiska, które przesycają kulturę określonymi wątkami. Wszystko to razem składa się na obraz „techgnozy” (by użyć terminu z książki Eryka Davisa) – barwnego, obłędnego konglomeratu ideologii, czasami niezwykle cudacznych, a jednak u podstaw zawsze mających „coś gnostyckiego”.

Co bardziej „trzeźwi” katolicy czy konserwatyści mogą uważać teorię o demonicznym pochodzeniu i gnostyckim wymiarze zjawisk UFO za „przesadną” i „dziwaczną”, ale warto zauważyć, że to samo w gruncie rzeczy (najwyżej wstrzymując się od moralnych wartościowań lub odwracając je o 180 stopni) mówią ludzie „z lewej strony”. Vide Eryk Davis: Wrota Niebios, pomimo iż nie używali słowa „gnostyczny”, byli grupą całkowicie gnostycką – zadziwia mnie to, jak gnostycka i metafizyczna mitologia może znajdować się tak blisko technologii. Oczywiście UFO we współczesnym świecie jest centralnym punktem technologicznej nieświadomości, a fakt, że wokół UFO narodziły się religie i kulty, wywarł wpływy na tyle różnych sposobów. Chodzi nie tylko o pomysł, że istnieje ta transcendentna technologia z kosmosu, która nas ocali i zabierze gdzieś indziej, to także komunikowanie, cała idea channelingu. Nawet jeśli weźmiesz dosyć mainstreamowy tekst uzyskany za pomocą channelingu, powiedzmy The Starseed Transmissions, znajdziesz tam dużo chrześcijaństwa, ale główne przesłanie jest ekstremalnie gnostyckie (…). Rozmówca Davisa, dziennikarz „Fortean Times”, przywołuje z kolei fakt, że wiele osób uprowadzonych przez UFO, których poddano hipnozie regresywnej, odnajdywało siebie jako dusze obcych uwięzione w ludzkich ciałach. Typowy motyw gnostyczny. Cóż, niedaleko stąd do o. Serafima Rose’a, który jednak nie był, jak wiemy, tak optymistyczny w ocenie tych zjawisk (ujmując rzecz delikatnie).

Postmodernizm, neoszamanizm, magija crowleyowska, magia chaosu, magia runiczna, modyfikacje ciała itd. – wszystko to w mniejszym lub większym stopniu narzędzia wojny kulturowej. Strona „lewej ręki” nie ukrywa zresztą, że jest to rodzaj wojny o nowe społeczeństwo. Po jednej stronie: duchowość skoncentrowana na kontemplowaniu autorytarnego, zazdrosnego, transcendentnego Boga, represjonującego seksualność, podejrzliwe patrzącego (oczami swych kapłanów) tak na postęp, jak i na wszelkie nieortodoksyjne formy magicznego przebóstwiania się, duchowość skupiona na realizowaniu drobiazgowych nakazów i zakazów moralnych, na postrzeganiu świata w kategoriach grzechu i cnoty, na pełnieniu pokuty. Po drugiej stronie: duchowość wyzwalająca człowieka z ograniczeń, uwalniająca seksualność, przekraczająca bariery zła i dobra, łącząca przeciwieństwa w Absolucie, prowadząca ku nowej epoce, w której człowiek będzie mógł zmierzać ku technologicznej nieśmiertelności, kolonizacji kosmosu, złączeniu organizmu z maszyną – i tak dalej.

Przywołajmy pana Dariusza Misiunę, lokalnego propagatora magicznych poszukiwań: Ścieżka Lewej Ręki grupuje adeptów, których celem jest przebóstwienie, czyli „stanie się równym bogom”. I w odróżnieniu od Ścieżki Prawej Ręki, ma charakter zstępujący, jako że kroczący nią idą zawsze w dół, ku wnętrzu. (…) jako drogę do spełnienia proponuje ruch zstępujący. Cechuje ją soteriologiczna introwersja, ponieważ uznaje boskość znajdującej się w człowieku Jaźni. Ideałem tej ścieżki jest poznanie tej Jaźni, któremu zwykle towarzyszy penetracja seksualności i nieznanych (nieuświadamianych) składników ludzkiej psyche.

Podobne idee propaguje np. Genesis P. Orridge, postać, która wywarła ogromny wpływ na rozwój nurtu muzyki industrialnej, zwłaszcza w jej pierwotnym okresie. On sam zdołał w przeciągu lat doprowadzić się (fizycznie) do kondycji osoby zawieszonej poniekąd pomiędzy płciami (odważni czytelnicy, niezorientowani w temacie, mogą po prostu porównać fotografie p. Megsona, bo tak się nazywa, sprzed lat i obecne). Ale to nie jest rzecz przypadku. Ostatecznie bowiem, jeśli spojrzymy np. na współczesny ruch emancypacji „gejów” i przemyślimy sprawę, to okaże się, że jego dalekosiężne konsekwencje są dużo szersze niż homoseksualizm i kwestia adopcji dzieci. Ostatecznie to tylko jedna z nibynóżek tego amorficznego tworu ideologicznego. Jego wymowa jest znacznie szersza: chodzi o przejście do epoki człowieka „płynnego”, który w każdej chwili może stać się tym, kim chce, dowolnie określić swoją tożsamość, zwłaszcza płciową (w sensie fizycznym, dzięki postępowi technologicznemu w medycynie) i „seksualną” (w sensie tego, co dziś zwie się „orientacją”). Nie chodzi o pederastów – ale o to, by każdy mógł stać się kimkolwiek i „robić to” z każdym. Nie tyle dla samej przyjemności (nawet jeśli tłum jedynie do tego jest w stanie dojść), ile raczej dla dowiedzenia, że to człowiek sięga boskich wyżyn, uwalniając się od ograniczeń (narzuconych, można rzec, przez Demiurga).

Przywołajmy fragment z witryny Family Ov Psychic Individuals, jednej z efemerycznych organizacji powołanych do życia przez G.P. Orridge’a: Jesteśmy w straszliwej potrzebie eksperymentów mających stanąć u podstaw procesu ewolucyjnej i biologicznej manifestacji kolejnej formy hermetycznego, postgnostyckiego bytu. Ten proces i alchemiczny koncept przemiany kształtu jest właśnie pandroginem. Poniekąd nasz czas jest dla naszego gatunku momentem wyboru pomiędzy pustoszącym Nowym Średniowieczem a absolutnie nowym, nieznanym terytorium, które będzie w stanie zaabsorbować rozwiązania, jakie proponujemy dla materii i umysłu, reprezentowane w koncepcji odrzucenia płci po to, by otworzyć wrota do nowej epoki – Nowego Renesansu.

Idee te – oraz im podobne – wirują i przelewają się bezustannie we współczesnej „ideoprzestrzeni”. Jest faktem, choć nie będziemy tu skupiać się na wymienianiu setek i tysięcy przykładów, że w mniejszym czy większym stopniu trafiają one choćby do świata kultury popularnej czy undergroundowej – niezależnie od tego, czy będzie to literatura fantasy i science fiction, muzyka postindustrialna i psychodeliczna, czy kinematografia, niekoniecznie zresztą offowa. Nie musi być to przejaw jakiegoś jednolitego, gigantycznego spisku, ale na pewno jest to skutek długofalowego i zupełnie świadomego oddziaływania środowisk, które chcą wywrzeć określony wpływ, z czym zresztą się nie kryją. Idee te są podchwytywane przez „zwykłych” ludzi – w tym sensie, że młody człowiek, który nie musi mieć połączenia z jakąkolwiek „tajną lożą”, naczytawszy się tych czy innych materiałów, nasyca nimi swoje opowiadanie, wideoklip czy utwór muzyczny.

Technologia, choć trudno byłoby negować ją samą, jest w każdym razie wielkim polem do popisu dla rzeczników techgnozy, autodefikacji i przebóstwienia. Pokusa przez nią wysuwana jest bardzo konkretna: już teraz możemy dokonywać rzeczy, które kilkaset lat temu wydawałyby się magią dostępną jedynie czarnoksiężnikom, jeśli nie bogom. Czyż zatem nie jest tak, że właśnie falsyfikowany jest ograniczający, ciasny obraz z horyzontu „prawej ręki”, przekonujący człowieka, że jego losem jest rodzić w bólach i pokutować? Czy przestrogi Demiurga nie zostały właśnie sfalsyfikowane? Pokusa jest, jak łatwo zauważyć czytelnikowi – bardzo duża, ostatecznie bowiem ów „Demiurg” obiecuje nam zbawienie po śmierci w zamian za wyrzeczenia. Tym trudniejsze w epoce tej jest i będzie zachowanie starej wiary naprzeciw rewelacji technologicznych i magicznych.

Należałoby tu jeszcze odnieść się do niepełnych lub zgoła fałszywych odpowiedzi na zjawiska wyżej opisane, a więc do odpowiedzi udzielanych przez te grupy, które de facto również posługują się gnozą, tyle że nadają jej „prawicowy”, „tradycjonalistyczny” szlif i polor. Kwestie te jednak były już dość dogłębnie badane przez innych autorów (Paweł Taufer, Jan Vaquié), którzy przeprowadzili (ba, Vaquié poświęcił temu spory kawałek życia) dogłębną analizę twórczości takich myślicieli, jak Juliusz Evola, Renat Guénon, Jan Parvulesco, Rajmund Abellio, Frithjof Schuon i inni. Jest klarowne, że mimo fragmentów niewątpliwie cennych, myśl tych autorów w mniejszym lub większym stopniu, w tym czy innym ujęciu – pokrywa się z myśleniem gnostyckim. U Evoli jest to bodaj najbardziej oczywiste z uwagi na ustawiczne marzenia o przebóstwieniu poprzez magię czy inne odpowiednie praktyki, ale de facto „ezoteryczny ekumenizm” Schuona jest podobnej proweniencji, finalnie prowadząc do koncepcji nieopisywalnego Absolutu itd. (pomijamy tu już nawet fakt, że jest po prostu niekatolicki z założenia).

Wbrew tytułowi, jedynie zaznaczyliśmy tu pobieżnie kilka wątków. Temat jest zbyt szeroki – i stąd autentyczny „międzynarodowy przegląd tajnych towarzystw” (które w gruncie rzeczy nie są tak tajne, szczególnie jeśli chodzi o prezentację swych zamierzeń) musiałby być grubym katalogiem, wyliczającym nazwy, powiązania i inspiracje, które jednak są dość oczywiste dla każdego, kto np. zasmakował nieco postmodernistycznego undergroundu czy zagłębił się w podstawy kontrkultury lat sześćdziesiątych XX wieku tudzież zrodzonej z niej popkultury.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.